31.10.2021

autorska.pl

ŻYCIE W UKRYCIU – odsłona 82, ks. Antoni Siemianowski, Włodzimierz Bykowski

ks. Antoni Siemianowski – pisma filozoficzne

Śmierć perspektywa nadziei (fragmenty)

*     *     *

Bez prawdziwego poznania śmierci nie możemy odpowiedzieć sobie na pytanie, kim właściwie jesteśmy.

Prawda o śmierci jest warunkiem pełnej prawdy o człowieku i sensie jego egzystencji w świecie, a także sensu bycia w ogóle. W gruncie rzeczy śmierć pozostaje w najściślejszym związku z sensem życia. Mówienie o śmierci to najrozumniejszy sposób mówienia o sensie życia*.

*Andre Malreaux w rozmowie z Madelaine Chapsal. Forum, 49/1976, 18

 

*     *     *

Czy w doświadczeniu śmierci odkrywamy coś czego nie dałoby się wypowiedzieć ścisłymi pojęciami? Jedno nie ulega wątpliwości: ten, kto w pełni sam przeżył śmierć, nic o niej nie mówi. W tym więc znaczeniu prawdziwa myśl o śmierci nie znajduje słów. Ale my, którzy pozostajemy przy życiu i  doświadczamy śmierci jakby „z profilu”, bo w umieraniu drugich, a zwłaszcza bliskich osób, nie jesteśmy w stanie milczeć. Pragnienie zrozumienia tajemnic naszej egzystencji jest zbyt silne, abyśmy mogli milczeć o tym, co bezpośrednio dotyczy nas samych. Usiłujemy więc na różne sposoby wysłowić nasze doświadczenie śmierci, aby ją bliżej określić i zrozumieć jej obecność w naszym życiu. Z tego powodu mówimy o śmierci różnymi językami; językiem możliwie ścisłym w nauce, w filozofii, w teologii, ale też językiem obrazów i mitów w sztuce, w poezji, w religii. Żadnego z tych języków nie możemy z góry wykluczyć ani szczególnie uprzywilejować. Wszystkie przecież języki są mową człowieka, w której wypowiada on sens zgłębienia „rdzenia własnej samotności”.

 

*     *     *

W filozofii metafizyka człowieka żyjącego uprzedza i warunkuje metafizykę nadziei i nieśmiertelności. Tylko ta droga jest nam dostępna. Jeśli więc człowiek sądzi, że po śmierci jego udziałem jest życie, a nie nicość, to przeświadczenie swoje opiera nie na doświadczeniu życia po śmierci, lecz na dostrzeżeniu za życia przed śmiercią swojej osobowej egzystencji wartości, której racją i przeznaczeniem jest być ku byciu, a nie ku śmierci. Świadomość tego przeznaczenia jest siłą jego życia i podstawą nadziei na nieśmiertelność. Człowiek nie może żyć – powiada Franc Kawka – bez silnego przeświadczenia, że w nim samym istnieje coś niezniszczalnego.

 

*     *     *

Podstawą idei nieśmiertelności jest przede wszystkim doświadczenie życia, a nade wszystko sensu i wartości własnej osobowej egzystencji. Można powiedzieć, że właśnie ta pierwotna i podstawowa dana ludzkiej samowiedzy jest jednocześnie już doświadczeniem nieśmiertelności w nas samych za życia przed śmiercią. Ostateczna zaś wymowa tego osobistego doświadczenia jest bardziej przekonywująca i jednoznaczna, oczywistsza i pewniejsza aniżeli doświadczenia śmierci. Oczywiście w parze z tym doświadczeniem idzie doświadczenie religijne, w którym człowiek odnajduje żywe absolutne źródło swego bytu i wyraźną perspektywę życia, dlatego też pragnie nieśmiertelności duszy, przetrwania w tej czy innej formie naszej osobowej, indywidualnej świadomości, w tej samej mierze należy do istoty religii, co pragnie, aby istniał Bóg*.

 *Miguel de Unamuno, O tragiczności życia wśród ludzi i wśród narodów, Kraków 1984, s. 246

 

*     *     *

W akcie samoświadomości jest jednak wystarczająco dużo światła, dzięki któremu człowiek może rozpoznać sens i wartość swej osobowej egzystencji, może zrozumieć, kim jest, skąd i dokąd zmierza, jakie jest jego wieczne znaczenie i przeznaczenie.  I to poznanie pozwala mu  obrać sposób życia w perspektywie nadziei na własną nieśmiertelność, której – jeśli nie znajduje w sobie samym – szuka w Kimś, Kto by go mógł ocalić przed nicością. Bo prawda o nieśmiertelności jest prawdą żywego człowieka dla ocalenia sensu i wartości mojego osobowego Ja, a nie prawdą naukową czy filozoficzną dla wzbogacenia  ludzkiej wiedzy.  Nauka czy filozofia formułują twierdzenia, dla których muszą znaleźć odpowiednie dowody. Natomiast żywemu człowiekowi wystarczy światło prawdy, dzięki któremu może on z ufnością spojrzeć na mroczny cień, jaki rzuca na jego egzystencję doświadczenie śmierci. Filozof, który pragnie zrozumieć samego siebie (a nie tylko uprawiać filozofię jako wiedzę) tego światła nie może lekceważyć.

 

*     *     *

Ważne jest to, że człowiek, który zdecydowany jest żyć w prawdzie, pragnie także śmierci spojrzeć w oczy i, dostrzegając w niej jakiś sens, umiera ze spokojem, z poczuciem jakichś racji, że warto żyć i umierać z ufnością i chrześcijańską nadzieją na życie wieczne. Skąd się to bierze, że ktoś, patrząc śmierci w oczy, przezwycięża  jej mroki decyduje się odejść życia z nadzieją na nowe życie? Czyż takie umieranie z nadzieją miałoby być czymś zupełnie irracjonalnym? Jakie prawdy o człowieku kryją się za świadomym przeżyciem śmierci? W imię świadomości czego człowiek pokonuje śmierć nadając jej jakiś sens? Ów sen żadną miarą nie może wypływać z samej śmierci, gdyż ta jest zjawiskiem negatywnym i irracjonalnym na tle całości osobowego życia człowieka. Dlatego sens, jaki człowiek nadaje śmierci, może mieć swoje źródło jedynie w nim samym i to po stronie życia przed śmiercią, a więc w jego własnym rozumieniu swojej osobowej egzystencji w świecie – albo też poza nim. Jednocześnie wiele przemawia za tym, że człowiek mocą swojego twórczego „fiat” nie jest zdolny pomyśleć i utrzymać w mocy takiego sensu śmierci, który mógłby być podstawą nadziei na nowe życie. Gdyby tak było, to jakże łatwo mógłby paść ofiarą własnej wyobraźni. W czym więc tkwi źródło sensu śmierci i nadziei na nowe życie? Jest to bardzo ważne pytanie, bo jeśli jest sens umrzeć, to tylko dlatego, że jest sens mieć jakąś nadzieję na nowe życie po śmierci.

 

*     *     *

(…) wewnętrzny wybór samego siebie przed Bogiem ma rozstrzygające znaczenie dla „rozwiązania” tajemnicy mej śmierci i nieśmiertelności. W akcie tym wybieram samego siebie moją zagrożoną śmiercią egzystencję powierzam Temu, który sam w sobie jest nieśmiertelny. Z perspektywy tego rozstrzygającego wyboru moje świadome spojrzenie śmierci w oczy przybiera nowy sens: przyjmuje ją jako pełne tajemnic przejście do nowego życia lub też jako przemianę mojego bytu, jako narodziny do życia w wieczności.

 

*     *     *

W obliczu nadchodzącej śmierci najgłębszy sens mają nie nonszalancja, nie arogancki protest ,nie patetyczna obojętność, ale takie akty, jak miłość skierowana ku absolutnemu „Ty” Boga żywego, zawierzenie i powierzenie się, wewnętrzne otwarcie się na dar, ufne oczekiwanie pełni życia, nadzieja pokładana w Bogu. W aktach tych objawia się prawdziwa moc duchowa człowieka, który w nadchodzącej śmierci doświadcza swej rzeczywistej niemocy egzystencjalnej.

 

*     *     *

W świadomym wyjściu śmierci naprzeciwko i w akcie powierzenia samego siebie Bogu na ostatnią godzinę przeżywam pełnię poczynania samego siebie w wolności i prawdzie. Znaczenia tego wyboru nie przekreśla okoliczność, że śmierć może mnie zaskoczyć (np. we śnie). Swoją wolność wobec śmierci przegrywa jedynie ten, kto uważa, że najmądrzej jest zignorować jej obecność w życiu i nie myśleć o niej.

 

*     *     *

Człowiek  w swojej wolności wobec śmierci zachowuje się mądrze lub głupio, gubi się lub odnajduje, zatraca lub ocala. Gubi się i zatraca w ślepej obojętności, w głupiej nonszalancji, w rozpaczliwej niewiedzy; odnajduje się już w patetycznej zgodzie na nicość, w stoickiej obojętności; ale ocala się dopiero w religijnej wierze i nadziei. Rozumność mego samookreślenia wobec śmierci, a tym samym jej sens i nadzieja na życie po śmierci, zależą zawsze od mego osobistego związku z prawdą mej samowiedzy, od tego, jak ja sam jako żywy osobowy podmiot, a nie jako bezosobowa nauka czy filozofia – widzę i oceniam sens i wartość mojego bycia człowiekiem.

 

*     *     *

Czyniąc ze śmierci akt odejścia do Ojca, chrześcijanin wcale nie zamazuje jej właściwego wyglądu. Śmierć nie przestaje dla niego być tym, czym jest: bolesnym rozrywaniem się egzystencjalnych związków ze światem i drugimi, tragicznym zapadaniem w nicość, poniżeniem w cierpieniu, upokorzeniem w niemocy, przejmującym drżeniem przed nieznanym. Chrześcijanin doświadcza śmierci jak każdy inny człowiek, dramat agonii nie zostaje od niego odsunięty. Święta Teresa z Lisieux np. wśród cierpień fizycznych toczyła dramatyczną walkę duchową. Chrześcijanin jednak, jeśli rozmyśla z wiarą i miłością nad śmiercią i męką Jezusa, odkrywa dla siebie jedną możliwość (stoiccy mędrcy, którzy ze spokojem przygotowywali się do śmierci, nie byli w stanie tego odkryć): osobistą mękę agonii i poniżenia może przeżyć w łączności z Jezusem i za Jego przykładem oddać się w ręce Ojca. Naturalnie uczynienie ze śmierci takiego aktu odejścia jest owocem absolutnego wyboru Boga, któremu spodobało się zbawić człowieka przez głupstwo krzyża i w ten sposób obdarzyć go nowym życiem. Dla mędrców stoickich było to szaleństwem. I właściwie nadal jest szaleństwem dla tych wszystkich, którzy w chwili śmierci wyłącznie liczą na własną mądrość lub na zbiorową mądrość uczonych.

 

*     *     *

W swojej codziennej egzystencji już za życia człowiek może spojrzeć śmierci w oczy i w wolności powiedzieć jej swoje „nie” protestu lub „tak” akceptacji. Mocą tejże wolności może jej  nadać jej jakiś sens: aktu ofiary i poświęceni, rozstania się z życiem i pożegnania z najbliższymi; świadom swego osobowego  ja może także odchodzić z życia jakiejś nadziei na osobistą nieśmiertelność, a gdy żyje  w wierze w Jezusa Chrystusa, może ze swej śmierci uczynić akt świadomego odejścia do Ojca w nadziei na udział w chwale zmartwychwstania. Ale, niestety może także przegrać sens swojej śmierci i nieśmiertelności, gdy umiera w zaślepieniu i głupocie lub gdy lekceważąc własną osobową egzystencję świadomie zaakceptuje swój niebyt.

 

*     *     *

(…) w wolności wobec śmierci przejawia się prawdziwa wielkość człowieka, a więc transcendencja jego osobowej egzystencji w świecie, otwarcie na bycie i twórcza moc ducha. Lecz dzięki tej mocy ducha nie jestem w stanie uczynić mej śmiertelnej egzystencji nieśmiertelną. W obliczu nadchodzącej śmierci – już teraz lub dopiero w nieokreślonej dla mnie przyszłości – mogę jednak zdecydować i wybrać: albo ze spokojem zaakceptować własną śmiertelność – a więc pozwolić się nieść procesowi umierania w nicość – albo z wiarą i nadzieją powierzyć swój byt Bogu jako absolutnej Mocy Bycia; mogę osobiście zawierzyć Jezusowi, który przezwyciężył śmierć, a rzucił światło na życie i nieśmiertelność przez Ewangelię (2 Tm 1,10). W tym rozstrzygającym wyborze ujawnia się ważny rys antropologiczny: osobista nieśmiertelność – oczekiwana przeze mnie jako dar nowego życia – okazuje się również moim własnym czynem, stanie się bowiem moim udziałem wskutek otwarcia się mojej osobowej egzystencji w nadziei na możliwość bycia sobą w pełni przez Tego, komu powierzam samego siebie.

 

*     *     *

(…) świadomość wewnętrznego przeznaczenia mojego byt udo nieśmiertelności jest fundamentalną prawdą dla każdej możliwej egzystencji, nie tylko chrześcijańskiej. Bez świadomości sensu i wartości swego osobowego bytu nikt nie troszczyłby się o życie po śmierci. Znaczenia tej prawdy nie pomniejsza fakt, że źródłowo doświadczamy jej w akcie samowiedzy. Oczywiście ta okoliczność powoduje, że w o czach ludzi, którzy wartość prawdy przywykli łączyć jedynie z twierdzeniami i teoriami nauki , egzystencja w perspektywie nadziei na osobistą nieśmiertelność wydaje im się zjawiskiem irracjonalnym. Ale nie doceniają oni zasadniczego w życiu człowieka faktu, że przede wszystkim prawda subiektywnie przeżywana może się stać dla nas niepowątpiewalnym światłem wewnętrznym i mocą ducha, dzięki której jestem zdolny doświadczeniu śmierci przeciwstawić nadzieję na osobistą nieśmiertelność. Punktem wyjścia dla tej nadziei jest właśnie doświadczenie prawdy i szukanie pełnej prawdy o sobie, o sensie bycia człowiekiem, słowem moje osobiste poszukiwanie sensu bycia na różnych płaszczyznach i różnych typach doświadczenia ludzkiego. Co więcej, dzięki temu światłu prawdy, decyduję się w obliczu śmierci wykroczyć poza moją ludzką egzystencję ku jej absolutnej podstawie – ku boskiemu Ty i Jemu z ufnością się powierzyć.

 

*     *     *

(…) ostateczną i wystarczającą podstawą nadziei na życie po śmierci nie jest – i być nie może – dostrzeżone w mej ludzkiej naturze przeznaczenie do nieśmiertelności, ale Ten, w którym dostrzegam absolutną podstawę mojego bytu, a którego w Jezusie wyraźniej rozpoznaję jako Ojca i dawcę życia. Nieśmiertelność człowieka rozważana w oderwaniu od Boga – jako idea – jest zawsze niejasna, niepewna, niedostatecznie uzasadniona. Dopiero wtedy, gdy w codziennej egzystencji byt mój wiążę z Bogiem, gdy zawierzam i powierzam się Jezusowi, odzyskuję żywą wewnętrzną pewność, że moja nadzieja na nieśmiertelność osobistą jest dostatecznie uzasadniona.

(…) „Śmierć i perspektywa nadziei” jest to książanka gruncie polskim absolutnie pionierska, a zarazem jedna z najuczciwszych i zapewne najwnikliwszych w literaturze światowej, po mimo jej prostego, dostępnego dla szerokiej publiczności języka. Autor nieustraszenie spogląda na fenomen śmierci i wypatruje jej cech istotnych bez powziętych z góry religijnych czy metafizycznych założeń, spełniając w ten sposób postulaty wczesnej fenomenologii, której książka jest bardzo przekonywującym przykładem. Dzięki temu uczymy się o śmierci czegoś naprawdę nowego, mimo że autor, nie sięgając do podpórek naukowych, wydobywa tylko to, co każdemu z nas dane jest w potocznym doświadczeniu i co sobie na temat śmierci „skrycie myślimy”. (…)

Dodam tylko na zakończenie, że dostrzegam jeszcze bliższy, niż autor byłby skłonny przyznać, związek między prawdą egzystencjalną, która może się objawić filozofowi jako człowiekowi, a samą filozofią i prawdą filozoficzną. W końcu filozofia to „miłość mądrości”, czyli nie tylko i nie przede wszystkim tego, co nas ciekawi, lecz tego, co nas naprawdę obchodzi i dotyczy – cała wielka filozofia czerpie wszak swe soki z prawd egzystencjalnych. Jej zadaniem jest bowiem ostatecznie, mówiąc językiem Karla Jaspersa, „rozświetlenie egzystencji” w poszukiwaniu ostatecznego sensu jej samej i dlatego także świata.

Oby książka ks. Siemianowskiego dopomogła każdemu z nas rozświetlić najbardziej mroczny, lecz ciężarny nadzieją zakątek naszej egzystencji.

Karol Tarnowski

Włodzimierz Bykowski – obrazy

12 portretów konającego Chrystusa na Krzyżu

Powstawanie cyklu

Mój pokutny cykl zacząłem malować w okresie Wielkiego Postu, w 2015 roku. Niestety nie udało mi się go wtedy skończyć. Dokończyłem go w ciągu niespełna trzech tygodni po środzie popielcowej obecnego roku. Seria składa się z 12 portretów. Za wzór posłużyły mi krucyfiksy anonimowych i znanych rzeźbiarzy, jak Wit Stwosz. Większość sam fotografowałem, przy okazji zbierania materiałów do przewodników turystycznych lub podróży. Kiedy patrzy się na całą postać rozpiętego na Krzyżu cierpiącego Mesjasza, często nie zwraca się uwagi na wyraz twarzy. Dlatego postanowiłem się skoncentrować właśnie na niej, dlatego namalowałem portrety umierającego człowieka, czym odwołuję do konwencji pasji muzycznych, gdzie partię Jezusa realizowano głosem tenorowym lub niższym. Mając za model rzeźby podjąłem próbę stworzenia własnego wyobrażenia śmierci Zbawiciela. Przyjąłem konwencję monochromatycznych portretów na złotym tle, gdzie Krzyż jest tylko zasygnalizowany w uproszczony sposób. W efekcie powstały portrety, które są ikonami Chrystusa, w konwencji zachodnioeuropejskiego malarstwa. Obrazy powstawały wielowarstwowo, w typowy dla mnie sposób, co opisałem na artykule Jak powstaje obraz.

Portretów nie sygnowałem na prawej stronie, ponieważ uważam wszystkie 12 obrazów za prace czysto religijne.

(…) Moje portrety Chrystusa mają charakter ekspiacyjny i dlatego nie planuję zrobić wystawy! Ponadto chcę podkreślić, że obrazy powstały z osobistego postanowienia i nie były realizacją żadnego zamówienia.

Jako pierwszy omówię V portret Chrystusa konającego na Krzyżu, z cyklu Consummatum est!. Tak jak wszystkie 12 obrazów, został on wykonany techniką akrylową na 10 mm płycie MDF, o wymiarach 45 na 75 cm. Portret powstał na podstawie krucyfiksu ze Szpitala Ducha Świętego w Norymberdze, wyrzeźbionego przez Wita Stwosza, około 1510 r. Jest to jedyny portret pozbawiony korony, ponieważ zachowała się ona jedynie w szczątkowej formie, a nie chciałem dodawać innej. Muszę powiedzieć, ze wybór rzeźby Wita Stwosza nie był przypadkiem. Jego pracę lubię od dzieciństwa, chyba od momentu kiedy zobaczyłem nagrobek króla Kazimierza IV Jagiellończyka w katedrze na Wawelu. Kompozycyjnie, w centrum mojego obrazu znajduje się głowa Chrystusa. Namalowałem ją szybkimi pociągnięciami pędzla, stosując technikę laserunkową, chyba moją ulubioną. Fragmentem, który starałem się dopracować były kręcone włosy na brodzie. Malując wszystkie portrety przyjąłem założenie zachowania kolorystyki brązów oraz złotych teł, które nawiązują do malarstwa średniowiecznego. W przypadku V portretu jest ono ryte dłutem o kształcie V. Faktura aureoli została nałożona techniką impasto.

W IV portrecie Chrystusa konającego na Krzyżu również oparłem się na rzeźbie Wita Stwosza. Początkowo chciałem na model wybrać kamienny krucyfiks z kościoła Mariackiego w Krakowie, gdzie artysta popisywał się kunsztem rzeźbiarskim w draperii osłaniającej biodra Zbawiciela. Rzeźba posiada jednak koronę o ogromnych kolcach i wielką promienistą aureolę. Dlatego postanowiłem skorzystać z innego krucyfiksu Stwosza, który powstał w Norymberdze, z fundacji Mikołaja Wickla i robi na mnie równie duże wrażenie. Dla mnie ów krucyfiks, z 1520 r., ma wiele wspólnego z krakowskim. W obu Stwosz pokazywał umiejętności warsztatowe; w norymberskim widać to fantazyjnych splotach włosów. Podobizna Chrystusa jest wyjątkowo teatralna. Ma kunsztowną żydowską fryzurę i nieco otwarte usta, jakby zastygł przed wydaniem ostatniego tchnienia. To jest naprawdę gotycki krucyfiks; dlatego dodałem odpowiednie rycia w aureoli, ale skontrastowałem je z płaskimi, złotymi płaszczyznami Krzyża oraz tłem, które ożywiłem kładąc złoty warstwami; początkowo kryjąco, z widocznymi śladami pędzla, a na koniec laserunkowo, przy użyciu gęstego akrylowego żelu, który również zostawił nierówności. W efekcie jednolite złote tło jest szkliste i odbija światło ukazując za każdym razem inne pociągnięcia pędzlem.

W VII portrecie z cyklu Consummatum est! modelem był Ukrzyżowany Zbawiciel z późnogotyckiego krucyfiksu, z ok. 1510-1520 r. Znajduje się on w toruńskim kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Średniowieczna rzeźba przedstawia mężczyznę o delikatnej budowie ciała i lokalnej urodzie, dlatego w tle zastosowałem gęste, płytkie i delikatne nacięcia nożem, dzięki którym powstały wypukłe linie, pasujące do całości przedstawienia; fakturę aureoli uzyskałem mieszając farbę z piaskiem rzecznym. Zamordowany Chrystus ma pogodną twarz, pozbawioną już cierpienia, bo jakiś czas temu skonał. Ma jednak przebity bok, co świadczy o męce, która dotknęła jego ciało. Pasy żeber korespondują z pasami włosów na głowie i koroną cierniową zrobioną z cienkich gałązek.

Podobnie jak w przypadku poprzedniego VII, X portret Chrystusa konającego na Krzyżu oparty jest na postaci Chrystusa z Torunia. Tym razem z gotyckiego kościoła św. Jakuba. Chodzi oczywiście o monumentalny krucyfiks Ukrzyżowanie na Drzewie Życia z ok. 1380-1390 r. Prosta, cierpiąca twarz Zbawiciela spowodowała, że użyłem podobnych, bardziej archaicznych środków plastycznych. Na aureoli zrobiłem chaotyczne, ostre nacięcia, które nawiązują do korony cierniowej. Dla uzyskania rytmicznych wzorów w tle przykleiłem do płyty paski materiału o odpowiedniej strukturze, z widocznymi prostokątami. Złote płaszczyzny podmalowałem laserunkami sugerującymi wypukłość.

Zgodnie z numeracją obrazów, cykl Consummatum est!,  rozpoczyna I portret Chrystusa konającego na Krzyżu, do którego modelem była twarz Jezusa ze zniszczonego częściowo przez ogień anonimowego krucyfiksu, prawdopodobnie z XIX w. Miał on niewielkie wymiary, ciało Chrystusa ma on ok. 30 cm wysokości, ręce są spalone przez ogień. Rzeźba jest w mojej ocenie arcydziełem rzeźbiarskim. Portret Zbawiciela postanowiłem przedstawić od dołu, jakby na nas patrzył. Twarz, brodę, włosy, koronę malowałem lekko, laserunkowo, stylem nawiązującym w mojej ocenie do malarstwa Delacroix; szczególnie jego szkiców i bardziej romantycznych, ekspresyjnych dzieł. Włosy oraz korona tworzą naprzemienne pasy. Dlatego w aureoli wyryłem okręgi, które podkreśliłem jaśniejszą i ciemniejszą farbą. Podobnie postąpiłem z tłem, ale pasy są tam przyklejone z materiału i pomalowane. Głowa Chrystusa znajduje się na dole i jest widziana od dołu, w perspektywie. Widoczny fragment Krzyża jest jednak rzutem prostym, w celu uzyskania dodatkowego kontrastu kompozycyjnego.

W II portrecie Chrystusa konającego na Krzyżu posłużyłem się postacią Mesjasza z kościoła św. Anny w Warszawie. W krucyfiksie spodobała mi się ozdobna korona, której motyw umieściłem na aureoli, oraz wyraz twarzy Zbawiciela. Wygląda on trochę tak jakby właśnie oddawał ostatnie tchnienie. Malując obraz skoncentrowałem się na świetlistej skórze i włosach; ich fale ciekawie korespondującą z gładką koroną cierniową. Malując tło, do którego poprzyklejałem kawałki płótna, inspirowałem się tłami stosowanymi w średniowiecznym malarstwie, jak gotyckim malowidle ściennym Ukrzyżowanie na żywym krzyżu w prezbiterium toruńskiej katedry. Takie zabiegi stosowane były bardzo często w ilustracjach manuskryptów.

III portret Chrystusa konającego na Krzyżu – tu modelem był krucyfiks z gotyckiego kościoła św. Katarzyny we wsi Wielkie Czyste, na Pojezierzu Chełmińskim. Rzeźbę odkryłem podczas moich podróży związanych z opracowywaniem przewodników po województwie kujawsko-pomorskim. Postać Zbawiciela została wyrzeźbiona z zastosowaniem prostych środków artystycznym. Jej anonimowy autor z pewnością nie był wielkim artystą. Potrafił on oddać jednak cierpienie Chrystusa, czym skłania odbiorcę do refleksji. To samo starałem się przekazać w moim obrazie. Zastosowałem bardzo proste pociągnięcia pędzla, a szlachetności dodałem poprzez laserunki. Tło ryłem półokrągłym dłutem, nawiązując do struktur często spotykanych w ludowych rzeźbach.

Modelem do VI portretu Chrystusa konającego na Krzyżu z cyklu Consummatum est!, była postać Zbawiciela z późnogotyckiego cudownego krucyfiksu w kościele klasztornym w Kcyni. Pochodzi on z ok. 1500 r. Rzeźba posiada naturalne włosy i wysoką, srebrną koronę, która nie wszystkim się podoba. Na mnie robi jednak wrażenie. Chrystus ma masywną budowę ciała i surową męską urodę, pasującą do zawodu cieśli lub drwala. To pokazuje jak różnie można sobie wyobrażać Mesjasza.

VIII portret Chrystusa konającego na Krzyżu jest wyjątkowy ze względu na model jakim się posłużyłem. W centralnej części ołtarza głównego kościoła św. Bonawentury w Pakości znajduje się krucyfiks z drugiej poł. XVIII w. Jest to chyba najbardziej nadekspresyjny wizerunek krzyżowanego Chrystusa w woj. kujawsko-pomorskim. Nienaturalnie, nieanatomicznie wygięta postać Zbawiciela ma oddawać ogrom cierpienia jakie musiał znieść Chrystus pokutując za grzechy wszystkich ludzi. Fakturę tła uzyskałem mieszając włosie z pociętego konopnego sznurka z żywicą polimerową. Ciało jest blade, martwe.

W następnym, XII portrecie Chrystusa konającego na Krzyżu, jako model posłużył mi krucyfiks z kościoła świętych Szymona i Judy Tadeusza w Wąbrzeźnie; miejscowości położonej na Pojezierzu Chełmińskim. Namalowałem go chyba najbardziej ekspresyjnie, jeżeli chodzi o środki warsztatowe. Posunięcia pędzla są grube, szybkie, jakby niechlujne; z lewej strony torsu pozostawiłem „kontrolowane zacieki” dodające autentyzmu męki; aureolę mocno rozjaśniłem celem uzyskania wrażenia rozświetlenia. Ciało modelowałem tak, by w słabszym oświetleniu wybijał się obojczyk i lewa część twarzy. Chrystus jest tu spokojny, jakby zadowolony, że dokonał odkupienia rodzaju ludzkiego.

XI portret Chrystusa konającego na Krzyżu, z cyklu Consummatum est!, jest w mojej ocenie najbardziej zdystansowany, dekoracyjny. Nie ma w nim średniowiecznej lub barokowej ekspresji.
Modelem była postać Ukrzyżowanego Zbawiciela z kaplicy Świętego Krzyża, w kościele w Markowicach koło Inowrocławia. Wykonany w poł. XVII w. krucyfiks zachwycił mnie walorami rzeźbiarskimi, „snycerską” stylizacją brody. Dlatego w aureoli i tle zastosowałem motywy pasków.

Pozostało mi jeszcze opisać ostatniego Chrystusa z cyklu Consummatum est!. W niniejszej notce jest to IX portret. Modelem była dla mnie postać Zbawiciela z Bożej Męki z Uścia – kiedyś wioski położonej na południe od Chełmna. Barokowa rzeźba pochodzi z poł. XVIII w. i ma w sobie spokój oraz dostojność, często spotykaną na krucyfiksach z następnego wieku. Kratkę na aureoli uzyskałem nacięciami oraz nakładaniem farby w różnych kierunkach. W efekcie szachownica zmienia się w zależności od oświetlenia. Faktura tła to wióry po dłutowaniu płyt MDF z pozostałych obrazów w cyklu. Twarz Chrystusa oświetliłem z boku, nieco od tyłu, co dało ciekawy efekt rozświetlenia na brodzie. „Wykonało się”, wykonałem moją pokutę.

Włodzimierz Bykowski

Włodzimierz Bykowski
Consummatum est XII
2016
Włodzimierz Bykowski
Consummatum est XI
2016
Włodzimierz Bykowski
Consummatum est X
2016
Włodzimierz Bykowski
Consummatum est IX
2016
Włodzimierz Bykowski
Consummatum est VIII
2016
Włodzimierz Bykowski
Consummatum est VII
2016
Włodzimierz Bykowski
Consummatum est VI
2016
Włodzimierz Bykowski
Consummatum est V
2016
Włodzimierz Bykowski
Consummatum est IV
2016
Włodzimierz Bykowski
Consummatum est III
2016
Włodzimierz Bykowski
Consummatum est II
2016
Włodzimierz Bykowski
Consummatum est I
2016

Antoni Siemianowski

Urodzony w 1930, prof. dr hab. W1956 r. przyjął święcenia kapłańskie, w latach 1959–1965 studiował filozofię na KUL-u pod kierunkiem prof. S. Swieżawskiego. Wykładał filozofię teoretyczną na Wydziale Teologicznym UAM w Poznaniu i w Prymasowskim Wyższym Seminarium Duchownym w Gnieźnie. W swoich badaniach koncentruje się na problemach etyki i antropologii filozoficznej. Jest znawcą fenomenologii ze szczególnym uwzględnieniem myśli Dietricha von Hildebranda. Znany jest z licznych artykułów i recenzji publikowanych w czasopismach takich jak: „W drodze”, „Studia Gnesnensia”, „Znak”, „Topos”, „Promocje Pomorskie”. Jest autorem wielu książek, m.in. Człowiek i prawda (1986), Śmierć i perspektywa nadziei (1992), Człowiek a świat wartości (1993), Szkice z etyki wartości (1995), Antropologia filozoficzna (1996), Sumienie (1997), Zrozumieć miłość (1998), Czym jest filozofia?, (2006).

,

Włodzimierz Józef Bykowski

Urodzony w 1967 r. w Bydgoszczy. Malarz, rysownik projektant, publicysta. Na przełomie lat 80. i 90. rysownik komiksów, później zajmował się reklamą, wystrojami wnętrz i projektowaniem graficznym, w tym designu paralotni dla Dudek Paragliders. Zaprojektował kilkadziesiąt znanych znaków towarowych oraz innych logotypów. W 1999 r. opublikował pierwszy przewodnik rowerowy Weekend w drodze po okolicach Bydgoszczy. Autor lub współautor ponad 20 przewodników z zakresu turystyki pieszej, rowerowej i kajakowej w rejonie województwa kujawsko-pomorskiego i okolic – wszystkie ilustrował własnymi zdjęciami. Pisał artykuły prasowe propagujące aktywny wypoczynek. Miłośnik muzyki dawnej i opery barokowej. Od 2006 r. tworzy cykle malarskie poświęcone wybranemu tematowi.