2.01.2022

autorska.pl

ŻYCIE W UKRYCIU – odsłona 91, Krzysztof Grzechowiak, Jacek Soliński

Krzysztof Grzechowiak – poezja

* * *

Dzień ciasny jak trumna
nad miastem chmury czadu
przesłaniają słońce suche strąki liści
łykam lekarstwa żeby jeszcze
o jeden dzień przeciągnąć napiętą strunę
liny nad przepaścią
o chwilę która nie chce trwać
wiecznie jak greckie kolumny
o słowa ostateczne które wydarli
z siebie zamordowani poeci
kot dopomina się o miskę mleka
w mieszkaniu gdzie kurz opada
ciepłą warstwą zapomnienia
jak płyta tektoniczna po wybuchu.

 

Pewnego dnia opuściły mnie sny

Pewnego dnia opuściły mnie sny
te z różową skórą miękkie wilgotne
i te o spadaniu pełne lęku
nikt nie przychodził skrzynka na listy zardzewiała
i na próżno czekałem przy drzwiach
na dzwonek szuranie nogami drapanie w futrynę
zamykałem powieki ale za nimi
pusty tunel powietrza
żadnych twarzy poruszeń szeptów
nawet zmarli przestali być obecni
zostawili nasze tory małych planet
opuściły mnie sny i w nocy
jak w futerale nieczynny instrument
leżę zlodowaciały i nic nie przenika
skorupy ciała do wnętrza.


* * *

Nie byle jakie gorycze
O przyczynach zamilczę
Nie ma co wchodzić w detale
I próżne nad sobą żale

Świecie płaski jak szyba
W którym się tylko bywa
Jesteś na chwilę odbiciem
A zaraz prochem i niczym

Zawodne twoje rachuby
I tak nie unikniesz zguby
Przebrania grymasy maski
Chodnika ruchome piaski

Już wystawiony rachunek
Za ciała obstalunek
Poduszka nabita wiórami
Cztery deski i wiatru lament

 

* * *

Za każdym klucza obrotem
Myślisz co zamknęło się ostatecznie
A co otwarło, jakie drzwi
I dokąd prowadzą?

Naoliwione zamki, skrzypiące zawiasy
Niemożliwa cisza, albo zgrzyt
Muzyki jak mróz przechodzący przez
Kości i włosy.

Pragnący zniknięcia i trzymający się
Krawędzi ostrej szyby życia, rozdarty
Jak papier, nacierpiałeś się i bogaty
W doznania smakujesz te chwile
Błysków i popiołu.

 

* * *

Już czas na obrachunki
Bo piłem tylko gorzkie trunki
A tam jasne polany
Falują pszeniczne łany
Możesz leżeć na miedzy
Bez swojej trudnej wiedzy
Że żyjesz gdy inni giną
Zachłystując się śliną
Bez względu na wiek i zasługi
Na spłacone i niezapłacone długi
Pod obłokiem jeśli jest w niebie
Dziw natury bo widzisz siebie
Jako jedną z wielu postaci
Która jest i nagle traci
Swój kształt ciężar i wagę
I zaraz wszystkich uwagę
Bo już nie należysz do żyjących
Rankiem pięściami trących
Zaspane oczy – zatem
Łykaj powietrza watę.

 

Już nie jesteś

Już nie jesteś tym który w czapce uszance
budował śniegowego bałwana pałace z lodu
fantastyczne igloo i już nie będziesz tym
który rozgrywał życiowe mecze
bez słowa porażka bowiem nie istniało
w żadnych dostępnych słownikach dumnego krzyku
który nie znosił ekranów wystaw sklepowych
gdzie kwiaty unurzane w błocie
i mętnych kałuż z odłamkami rozbitego szkła
bo kaleczą stopy obłoków
i nie będziesz Narcyzem z placu zabaw
gdzie szubienice trzepaków rdzewiały złowieszczo
nocny czytelnik witający świt ostatnią przewróconą kartką
nie przerażony ogromem biblioteki świata
bo znający tylko kilka zakurzonych regałów
szkolnych katalogów w szufladkach
nawleczonych na drut papierowych dusz
zapisanych starannym pismem
przestrzeń poznania kończyła się na rogatkach miasta
dalej biegły pasy czarnego asfaltu
niczym rozwinięte rolki papy
leżały na wznak płaszczyzny pól zawiane śniegiem
stały przetrzebione lasy przekrzywione strzałki
drogowskazów donikąd.

 

* * *

Po balustradzie balkonu chodzi ufnie
młody gołąbek przekrzywia łepek
spogląda na mnie – mówiącego – rubinem
żywego oka czyim jesteś posłańcem
i co przynosisz pod skrzydłem
jakie wiadomości ostatecznie nie zostawia
żadnego listu sam jest znakiem.

 

Jacek Soliński – linoryty

„Tu” i „tam” w tej samej chwili

Chciałbym, żeby moje grafiki były mapami dla wyobraźni.

Zdarza się, że zasypiam siedząc w fotelu, a kiedy budzę się w mej świadomości, na mgnienie, pojawia się niepokojąca myśl – gdzie jestem? Ten moment, przypomina nierealne przeżycie, dziejące się jakby w zawieszeniu, w czasie niejasnym, trudnym do określenia. Doznanie przejściowości staje się czymś nieomalże metafizycznym. Zagubienie w tej dziwnej rzeczywistości działa psychodelicznie. Próbuję się skupić. Lokalizuję przestrzeń pomiędzy skojarzeniami a widzianą rzeczywistością. Przejście ze snu do jawy wpływa paraliżująco, trudno znaleźć wiarygodne odniesienia. Wciąż nie wiem, gdzie jestem. Rozkojarzony usiłuję rozpoznać miejsce – czy jestem u kogoś, czy może w swojej pracowni? Jeszcze przez chwilę błądzę porządkując rozproszone elementy obrazów. Powoli wracam do rzeczywistości. Opadam, jak ze spadochronem, na stały ląd równowagi. Wreszcie szczegóły stają się klarowne. Lekko oszołomiony rozglądam się z uczuciem ulgi – już wiem, gdzie jestem, rozpoznałem otoczenie. Umiejscowiłem swoją świadomość. Lubię ten stan, ale zawsze zadziwia mnie, bo ilekroć się powtarza, mam wrażenie (jakbym ustawicznie zapominał), że przecież zawsze budzę się w sobie – to znaczy w swoim jestestwie, a reszta to tylko otoczenie, chwilowa dekoracja. Czy można do tego przywyknąć? Chyba nie, bo za każdym razem jest to inne przeżycie. Ale to dobrze, bo dzięki zagubieniu „miejsca obecności” doświadczam czegoś, co jest „pomiędzy”. Nieustannie znajdujemy się między przeszłością a przyszłością. W jakimś sensie praca nad linorytami jest dla mnie ustawicznym „opisywaniem” tego uczestnictwa, bycia „w sobie” i „na zewnątrz siebie”, czyli relacji między „otwarciem” i „zamknięciem”, „przeszłością” i „przyszłością”. Od wielu lat zastanawiam się, jak połączyć wymiary tych przestrzeni? Czy to możliwe? Wciąż mnie zadziwia ich współistnienie, bawię się tym, jakbym znów był dzieckiem i właśnie to odkrył. Przecież jednocześnie znajdujemy się „w sobie” i również jesteśmy „na zewnątrz siebie”. Czyż nie jest to fascynujące? Często bywam oczarowany tym odkryciem z wczesnych lat rozpoznawania świata. Jest tak oczywiste, ale jakże inspirujące – obecność „tu” i „tam” w tej samej chwili. Rzeczy proste uzmysłowione ponownie potrafią wprawić w osłupienie. Może, dlatego że znajdujemy w nich zapomnianą prawdę o sobie. Dorosłość jest pragmatyczna, obowiązuje w niej już inna skala odczuć, ale przecież zdarza się w naszym życiu coś, co możemy sobie wyjaśnić tylko tak, jakbyśmy byli dziećmi.

Rozwijając swoje linorytnicze przemyślenia, staram się analizować żywotność pamięci. Szukam w niej poetyckiego wymiaru powszedniości. Działam, jakbym zajmował się archeologią wspomnień, spaceruję bez ograniczeń w dowolnie wybranym kierunku, blisko i daleko, na różnych kondygnacjach. Wpatruję się w tę przestrzeń, czasami sentymentalnie uwrażliwiony, ale również pozbawiony wszelkiej emocjonalności. Takie wędrówki regulują tętno mojego czasu, dzięki nim mogę być jednocześnie chłopcem i osobą dorosłą. Przyporządkowuję obrazy myślom, tytuły zdarzeniom, łączę wyobraźnię z pamięcią, nic mnie nie ogranicza. Skojarzenia w tej przestrzeni cieszą się pełną swobodą, jakby prawa fizyki nie istniały, wszystko jest tu możliwe. Po co to robię? Odpowiedź jest prosta – by ocalić, to co uważam za najważniejsze. Treść grafiki – przekaz, nawet jeżeli jest oparty tylko na grze samych form, może otworzyć, dotknąć, poruszyć czy nawet obudzić w nas ukrytą głębię. To dopiero prawdziwe wyzwanie – w zwyczajności odkryć i przeżyć zadziwienie. Może to program afirmacji świata na całe życie? Przenikać z pragnień do uniesień, dotrzeć do archetypicznego piękna znajdowanego w prostocie. Ożywienie takiej perspektywy wyzwala spontaniczną radość i odczucie wolności. W codziennym życiu byłoby z pewnością łatwiejsze, gdyby można ponownie odnaleźć w sobie dziecko. Odszukać, co zagubiliśmy – przecież obraz całości to połączenie dwóch przeciwstawnych biegunów. Podobnie, jak jednoczesne bycie „w sobie” i „ na zewnątrz siebie” harmonijnie zwieńcza naszą obecność, tak samo wrażliwość dziecka przenikająca w świadomość osoby dorosłej wzbogaca ją i dopełnia. Jakie to fascynujące – symbioza przeszłości, teraźniejszości i przyszłości – ufność połączona z doświadczeniem i nieprzewidywalnością. Może to zapowiedź wiecznego „teraz”? Dobroczynna prostolinijność i bezinteresowność ożywia nasz czas. To wyzwalające, by choć przez chwilę dać ponieść się takiej refleksji.

I pewnie dlatego zajmuję się linorytami.

Jacek Soliński

Jacek Soliński
Coraz wyraźniej
2019
Jacek Soliński
Uniesiony
2018
Jacek Soliński
Deszcz już nie pada
2016
Jacek Soliński
Iluzja interpunkcji
2015
Jacek Soliński
Zasłona
2015
Jacek Soliński
Dwukrotność
2013
Jacek Soliński
Rachunek prawdopodobieństwa
2011
Jacek Soliński
Lotność
2011
Jacek Soliński
Chwilowość
2008
Jacek Soliński
Linie w przestrzeni
2006
Jacek Soliński
Dwie rzeczywistości
2006
Jacek Soliński
Układanie kamyków
2001
Jacek Soliński
Nieskończoność pragnień
2001
Jacek Soliński
Spełnienie
2000
Jacek Soliński
Wzajemność
1998
Jacek Soliński
Zapatrzenie
1994

Jacek Soliński

Urodzony w 1957 r. w Bydgoszczy. Grafik, malarz, publicysta, fotograf, wydawca. Od 1979 r. prowadzi, wspólnie z Janem Kają, Galerię Autorską w Bydgoszczy oraz wydawnictwo. W latach 80. realizował projekty konceptualne i opublikował własnym sumptem, w technice linorytu, trzy książki unikatowe oraz pięć tomików prozy. Autor kilkudziesięciu wystaw indywidualnych. Dokumentacja działalności Galerii Autorskiej i dokonania jej twórców eksponowane były w różnych ośrodkach w kraju: Bydgoszcz, Gdańsk, Sopot, Toruń, Warszawa, Łódź, Kraków, Lublin, zagranicą: Paryż, Rzym, Pradze, Tokio i Edynburgu. Od 1986r. realizuje w Galerii Autorskiej swoją coroczną urodzinową wystawę linorytów. Wydał kilkadziesiąt własnych publikacji, w których łączy grafikę z epigramami, modlitwami, poezją i prozą. Zrealizował wiele cykli linorytów, cykl malarski 366 aniołów „Opiekunowie czasu” oraz trzy cykle fotografii o tematyce żebraczej. Otrzymał m.in.: Medal za Twórczy Wkład w Kulturę Chrześcijańską (2002). Medal Prezydenta Miasta za szczególne zasługi dla Bydgoszczy (2004 i 2014), Bydgoską Nagrodę Strzały Łuczniczki za wydanie Książki Roku (2005, 2007 i 2009 i 2011) Nagrodę Ryszarda Milczewskiego-Bruno „Gaśnica terenowa” (2007) odznakę honorową „Zasłużony dla kultury Polskiej” (2015), Nagrodę Artystyczną Prezydenta Miasta Bydgoszczy (2018), MEDAL 100 – LECIA ODZYSKANIA NIEPODLEGŁOSCI (2018) oraz Brązowy Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2019).

,

Krzysztof Grzechowiak

Urodzony w 1955 r. we Wrześni. Poeta, recenzent, bibliofil. Debiutował w 1980 w „Radarze”. Publikował w „Nurcie”, „Okolicach”, „Tytule”, „Zeszytach Poetyckich”, „Kwartalniku Wrzesińskim”, „Okolicy Poetów” i prasie codziennej. Jego wiersze znalazły się w almanachu młodej poezji wielkopolskiej „Przedpole” (1986) Wyd. Poznańskie. Wydał arkusze poetyckie: „Wersja ostateczna” (1986), „Opis walki” (1989) i tomik „Regalia” (2005, Galeria Autorska, Bydgoszcz), za który otrzymał nagrodę „Strzała Łuczniczki”. W latach 80-tych związany z NGP Drzewo. Laureat nagrody głównej w konkursie poetyckim im. A. i St. Babińskich (Poznań 1990). Wyróżniony nagrodą „Srebrna Śliwka” (WW – twórca roku 2007). Obecnie przygotowuje do wydania tom „Zaległe terminy”.