17.10.2021

autorska.pl

ŻYCIE W UKRYCIU – odsłona 80, Jarosław Jakubowski, Jakub Kaja

Jarosław Jakubowski – proza

Fragment powieści Hejter

Dwa dni później dowiedział się, że Gruby umarł. Zadzwoniła kobieta, którą widział z nim kilka razy, Gruby mówił o niej, że jest jego przyjaciółką i nic ponadto. Miała na imię Ania i pracowała w antykwariacie na Starym Mieście. Gruby miał mnóstwo przyjaciółek, koleżanek, znajomych, część z nich pełniła rolę nieformalnych opiekunek, załatwiały mu sprawunki i drobne sprawy życiowe, z którymi sam sobie nie radził, inne z kolei były jego kochankami, a wszystkie pewnie łączyła słabość do Grubego, którego największą zaletą było to, że wszystkie kobiety traktował jak księżniczki. Czuły się przy nim dowartościowane, pożądane i kochane. Lgnęły do niego rozwódki po czterdziestce i pogubione studentki, kobiety zniszczone używkami i pogrążone w depresji. „Leczył” tak jak potrafił, mówił miłe słowa, interesował się ich losem, na swój sposób dbał o nie. Ania musiała być ostatnią z szeregu dobrych dusz, które znalazły się przy Grubym.

– Zadzwoniłam do pana, bo wiem, że się przyjaźniliście.

– Jak to się stało? – zapytał zupełnie zdruzgotany Artur.

– Dwa dni temu trafił do szpitala, chyba coś z sercem. A dziś rano poszłam do niego i dowiedziałam się, że w nocy zmarł. Tylko tyle wiem.

Mówiła cicho i jakby przepraszająco. Artur pomyślał ze smutkiem, że wraz z Grubym musi pożegnać się ze zdjęciem z dzieciństwa, które mu powierzył. Zapytał jeszcze co z pogrzebem, kobieta obiecała poinformować o miejscu i terminie.

Gruby umarł. Umarł Gruby. Powtarzał te słowa jak mantrę. Włączył laptopa i zaczął przeglądać zbiór fotografii, wśród których wyłuskiwał te autorstwa Grubego. Miał też sporo płyt CD z jego pracami. Gruby nie żyje. Był w wieku jego rodziców, w tym wieku ludzie umierają już dość regularnie, ale z drugiej strony nie był jeszcze stary i mógł pożyć te parę, a może nawet paręnaście lat dłużej. A teraz nie ma Grubego. Wyjaśniło się, dlaczego nie dotarł na swój wernisaż. Ale poza tym nic nie było jasne.

Niewiadomski nagle zdał sobie sprawę z tego, że zostaje na świecie coraz bardziej sam. Jeden po drugim opuszczają go ludzie, z którymi łączyły go najsilniejsze więzy. Ogołocenie. Nagość zimowego sadu. Zimna kora drzewa. Ale jak umarł? Co tak naprawdę się stało? Musiał być ktoś, kto widział go jako ostatni, może są świadkowie jego śmierci? Kurwa, że też nawet nie zapytał w jakim szpitalu. Ale tam i tak nic nie powiedzą obcej osobie. Jestem dla niego obcą osobą, on dla mnie też, tylko my obaj wiedzieliśmy, że to kurwa nieprawda. A teraz nie ma Grubego, który mógłby o tym zaświadczyć. Jasne, nie łączyła ich tego rodzaju przyjaźń, że widywali się codziennie, że nie mogli dnia bez siebie wytrzymać, zdarzało się, że nie widział Grubego miesiąc albo i dłużej, zdarzało się, że niemal zapominał o jego istnieniu. Ale Gruby zawsze w końcu się pojawiał, wracał i znowu mogli sobie pogadać albo pomilczeć, Artur mógł popatrzeć, jak Gruby doskonale sobie radzi z obcymi ludźmi na ulicy i jak sobie zupełnie nie radzi w relacjach z najbliższą rodziną.

Kto teraz będzie fotografował tych wszystkich nieudaczników, kadłubków, wykolejeńców życiowych, rozbitków, niebieskich ptaków, karlice, żebraków i bezdomnych? Gruby zostawił ich wszystkich. Nie będzie już miała Bydgoszcz fotografa swojej biedy. Będzie miała fotografów opłacanych przez wydziały promocji, którzy usłużnie będą pstrykać podobne do siebie widoczki wciąż tych samych, do wyrzygania nudnych „atrakcji”. Gruby nie pogardzał żadnym zleceniem, ale nigdy nie potrafił w pełni zadowolić zleceniodawców. Za dużo widział, za głęboko sięgał, pod jego okiem i pod jego ręką to, co miało być reklamą, stawało się przypowieścią.

A teraz nie ma już Grubego, Gruby umarł i nie żyje.

Nie miał telefonu do Ani, dzwoniła z zastrzeżonego, rodziny Grubego też nie znał, mógł jedynie obdzwonić wspólnych znajomych, co też zrobił. Relacje były rozbieżne. Wiadomo, że Gruby trafił do szpitala, jedni że do Biziela, drudzy – Jurasza, jeden z rozmówców Artura stwierdził, że Gruby zmarł zwyczajnie, we śnie, położył się, zasnął i już się nie obudził, ale inny znajomy z kolei słyszał, że Gruby podobno spadł w nocy z łóżka i tak nieszczęśliwie uderzył się w głowę, że zmarł.

Pogrzeb odbył się szybko, chyba dwa lub trzy dni od telefonu Ani. Na cmentarz komunalny niedaleko dworca Bydgoszcz Główna przyszło całkiem sporo ludzi, niemal wszyscy którzy w rachitycznym środowisku artystycznym Bydgoszczy cokolwiek znaczyli, zabrakło jedynie przedstawicieli władz miasta, które Gruby od ponad czterdziestu lat fotografował i któremu stworzył niepowtarzalny pomnik. Nie było trumny, była mała urna, skrzyneczka do której wsypano to, co zostało po spaleniu Grubego. Żałosna garstka popiołu, ksiądz nie był dobrze przygotowany, zmęczony, może skacowany, wydukał nieskładną mowę, w której wspomniał coś o „Liście do artystów” Jana Pawła II i o tym, z jak wielką odpowiedzialnością moralną wiąże się posiadanie talentu. Rodzina Grubego stała zbita w ciasną gromadkę, nieco oddzielona od reszty towarzystwa, jakby chciała się od niego zdystansować.

Kiedy trębacz zaczął grać „Ciszę”, Arturowi zaszkliły się oczy, zaszkliłyby mu się nawet gdyby był na pogrzebie obcego człowieka. Zimny wiatr poruszał szkieletami drzew, z oddali dobiegało wycie lokomotyw. Urna z Grubym wylądowała w ciemnym dole, grabarze przykryli wykop, położyli przyniesione przez ludzi kwiaty. Było po wszystkim. Nie było Grubego.

– Warto by zachować archiwum Grubasa – tykowaty dryblas znalazł się przy Arturze.

– Ty ciągle rośniesz? – przywitał go Niewiadomski.

– A ty ciągle tyjesz – odparł dryblas.

Mówili na niego Średni. Był trochę fotografikiem, trochę malarzem, trochę rowerzystą, współtworzył kiedyś coś, co nazywano Szkołą Bydgoską. Grupa freaków niedbających o poklask, robiących w poezji, sztukach wizualnych, muzyce, ich matecznikiem była Fabryka Rzeźb Gadających Ze Sobą „Mózg”. Duże pretensje do artyzmu, trochę mniej talentu i kompetencji, za to cała masa dystansu do świata. Artur otarł się o nich w swoich latach dwudziestych, lubił spędzać czas w Mózgu, knajpie która na początku lat dziewięćdziesiątych, w czasie szalejącego wilczego kapitalizmu była ośrodkiem kontrkultury. Bywał tam na ogół ze Sławkiem Borowiakiem, niezdarnie podrywali dziewczyny, upijali się, ale przede wszystkim chłonęli atmosferę nieskażoną komercją i konkurencją. Toczyli długie rozmowy, na poły absurdalne, na poły filozoficzne, które później Niewiadomski umieścił w „Samospaleniu”. Siedząc na podłodze słuchali koncertów dziwnych wykonawców muzyki elektronicznej, uzbeckich pieśniarzy albo węgierskich dodekafonistów. Te lata naznaczyły Niewiadomskiego, zaszczepiły w nim pragnienie autentyczności, nauczyły żeby zawsze być nieufnym wobec tego co pokupne. Gruby nie pojawiał się w Mózgu, choć może po prostu mijali się, bo bardzo pasował do tego miejsca. Pewnie dlatego Niewiadomski uczynił go pierwowzorem postaci Cyryla Metody, który w finale powieści dokonuje samospalenia przed miejskim teatrem. Niewiadomski pamiętał, że napisał tę sekwencję, jak większość pozostałych, ot tak, nie zastanawiając się głębiej nad ich znaczeniem, swoją pierwszą powieść napisał intuicyjnie, bawiąc się tworzeniem kolejnych perypetii bohaterów, jednak pod koniec – co zresztą zauważył skwapliwie jeden z krytyków – opuścił ich, skupiając się na „Arturze”, który poznał dziewczynę i dał sobie spokój z działalnością „na rzecz wysadzenia ogólnego zadowolenia”. Auto da fe Cyryla było jak „Upadek Ikara” na malowidle Breugela, niewiele znaczącym epizodem na marginesie zasysającego „żyćka”. Pogrążenie się w prywatności, pochwała życia rodzinnego, miały być w zamyśle Niewiadomskiego przeciwwagą dla buntu, anarchii i – co też nie bez znaczenia – biedy materialnej.

– Wiesz jak umarł? – spytał Średniego.

– Myślałem, że ty wiesz. Byłeś jego najbliższym kumplem – odparł Średni zapalając fajkę, gdy ceremonia dobiegła końca.

– Wszyscy myślą, że byłem jego najbliższym kumplem, a ja nie bardzo wiem nawet, kim był Gruby.

– Jak to kim? Artystą, brachu, a do tego życiowym frajerem. Warto by to jakoś uporządkować, te jego rzeczy…

Tak, trzeba było zebrać do kupy cały dorobek Grubego i coś z nim zrobić. Tylko jak? Średni zaproponował, że może trzeba nawiązać kontakt z rodziną, Niewiadomski zgodził się. Jednak gdy ludzie zaczęli opuszczać cmentarz, jakoś stracił z oczu i krewnych Grubego (nie był pewien czy dobrze zapamiętał ich wygląd), i Anię. Ulotnili się równie szybko, co sam Gruby.

Średni też wsiadł na rower i popedałował w sobie znanym kierunku. Artur pojechał jeszcze do domu Grubego, ale – co stwierdził zaglądając przez szybę – mieszkanie było puste, wyczyszczone z wszystkich sprzętów, jakie za życia zgromadził jego lokator. Zniknął Gruby, kurwa, jakby go nigdy nie było. Niewiadomski obiecał sobie, że skontaktuje się z Anią, wiedział przecież, gdzie jej szukać, ale w dniu pogrzebu pewnie nie wróciła już do antykwariatu, choć kto wie. Żeby to sprawdzić, trzeba by wsadzić dupę do samochodu i przepchać się przez zatkane Śródmieście, na co Artur z każdą minutą tracił ochotę. Obiecał więc sobie, że skontaktuje się z Anią w najbliższym możliwym terminie, a teraz ciągnęło go do domu, do pisania, miał w głowie kolejne partie powieści i nie zamierzał pozwalać im zbyt długo czekać.

Ale przecież nadal nie wiedział, dlaczego Gruby umarł, na co chorował, może zdążył powiedzieć coś przed śmiercią, może nie powiedział nic, bo śmierć zaskoczyła go akurat w momencie, kiedy nie miał nic do powiedzenia?

Po powrocie do domu Niewiadomski z głupia frant wybrał w komórce numer Grubego. Znowu usłyszał zasapany głos informujący, że jeśli ma coś do powiedzenia, to niech powie. Przejrzał jeszcze skrzynkę z esemesami, Gruby ich nie wysyłał, zostało po nim jedynie kilka wiadomości o nieodebranych połączeniach. Ostatnia wiadomość pochodziła z nocy, kiedy umarł Gruby. Że też nie zauważył wcześniej, że też nie odebrał, ale kto odbiera telefony w środku nocy, zresztą i tak zawsze wycisza komórkę na noc. Więc jednak Gruby miał mu coś do powiedzenia, chciał mu coś przekazać. Poczta głosowa zarejestrowała jedynie jakieś suche trzaski i coś jakby odległy odgłos oddechu. Nic więcej, żadnego słowa, nawet sylaby, nic co mogłoby w jakiś sposób poprowadzić dalej, wskazać trop.

Niewiadomski otworzył „Samospalenie”, poszukał tego miejsca. „Cyryl stał się dziwakiem i odludkiem, przyjaciele próbowali go namówić, żeby dołączył do nich i spijał piankę z tego całego piwa, ale on nie chciał, bo był naprawdę święty i czysty. Aż raz przed gmachem teatru w dzień premiery oblał się benzyną i podpalił. To była jego ostatnia wielka rola, choć odnotowano ją jedynie w kronice wypadków. I nie wszczęto żadnego postępowania beatyfikacyjnego”. Pisząc to nie miał wcale przed oczami Grubego, chociaż kiedy już napisał, stało się jasne, że to on, Grubas, cholerny wieczny nieudacznik, wiecznie pożyczający i nieoddający, wiecznie w potrzebie, ciągnęły się za nim jakieś niewyjaśnione sprawy z przeszłości, parę osób miało do niego pretensje o jakieś poważne kwestie finansowe, inni nie mogli wybaczyć postępowania wobec pierwszej żony i dziecka z tego małżeństwa, samo dziecko też pewnie nie darzyło tatusia zbytnią estymą, chociaż na pogrzeb przyszło jak należy.

Gruby stawał się mglistą przeszłością, poplątaną strukturą złożoną z niejasnych wspomnień i domysłów, a jednak Niewiadomski nie żałował żadnego słowa, które poświęcił mu w „Samospaleniu”. Nie był żadnym świętym, a jego życie z punktu widzenia większości ludzi należało uznać za zmarnowane.

Niewiadomski próbował pisać, ale nie mógł usiedzieć przy biurku, wciąż wstawał od niego, żeby zająć się czym innym, w końcu ubrał się ciepło (zapanowały tęgie mrozy), odpalił nissana i pojechał do Bydgoszczy. Miał szczęście, Ania była tego dnia w antykwariacie. Zaskoczył ją jego widok, powiedział, że chciałby uporządkować archiwum Grubego i przekazać je do jakiejś galerii, ale najpierw musi dowiedzieć się, jak zmarł.

– Niczego więcej nie wiem, wszystkie jego rzeczy wzięła córka, mieszka chyba gdzieś w Śródmieściu, ale nie jestem pewna. Mnie zostało po nim tylko kilka zdjęć.

– To tak jak mnie.

– Żałośnie mało.

– To prawda.

– Proszę nie odpowiadać, jeśli pani nie chce, ale czy wy…

– Nie, nie łączyło nas to, o czym pan myśli, ale kochałam go, na swój sposób. Wie pan, miałam nadzieję, że spędzimy razem resztę życia. To głupie, że tak myślałam, ale nic na to nie poradzę. Chciałam mu pomóc uporządkować wszystkie sprawy, w tym roku miał w końcu dostać emeryturę. Sporo o panu mówił.

Niewiadomski drgnął. Był ciekaw, ale jednocześnie czuł jakąś obawę.

– To nic takiego, jakieś okruchy, po prostu często wypowiadał pańskie imię.

– Szkoda, cholera, przepraszam…

– Nie szkodzi.

– Chciałem powiedzieć, że żałuję, że tak mało…

– Zawsze jest za mało, za krótko, za jakoś tam.

– Piszę o nim powieść. Zawsze planowaliśmy, że razem stworzymy książkę, on zrobi zdjęcia, a ja napiszę do nich tekst. Nic z tego nie wyszło. Ale jestem mu to winien.

– Nie wiem, czy by się ucieszył, że pisze pan o nim. Był raczej skryty, zresztą sam pan wie. Mówił dużo, ale zawsze mało o sobie.

– Pożyczyłem mu jedyne zdjęcie z ojcem, jakie mi zostało. Chciałbym je odzyskać.

Ania spojrzała na niego z lekkim wyrzutem. Kochała Grubego, to było pewne, tylko kochająca kobieta tak patrzy na kogoś, kto czegoś chce od jej mężczyzny. Nawet jeśli ten mężczyzna już nie żyje.

– Zresztą aż tak mi na tym nie zależy. To tylko zdjęcie.

– Niech pan popyta w „Kanciapce”, on tam często bywał. Może wiedzą coś więcej.

Do stolika, przy którym siedzieli, podszedł człowiek z jakąś starą, zniszczoną książką. Zapytał ile może za nią dostać. Była to socrealistyczna powieść autora o nazwisku, które nic Arturowi nie mówiło. Ania powiedziała, że antykwariat nie jest zainteresowany tym tytułem. Mężczyzna jeszcze przez chwilę nalegał, że może jednak… za pół ceny… w końcu schował książkę do reklamówki i wyszedł trochę za głośno zamykając drzwi.

– Co pewien czas próbuje spieniężyć coś ze swojej biblioteczki – skomentowała Ania. – Wydaje mi się, że nasz wspólny przyjaciel zrobił mu kiedyś zdjęcie. Jestem wzrokowcem, pamiętam tę twarz.

Niewiadomski pożegnał się szybko i pognał za tamtym człowiekiem. Lecz gdy usłyszawszy pytanie o Grubego mężczyzna spojrzał na niego jak na idiotę, poczuł że to, co robi jest absurdalne. Nigdy nie dowie się niczego o Grubym. Nawet gdyby żył dalej, nie dowiedziałby się więcej. Wspomnienia i domysły, nic ponadto.

Mimo to zostawił auto na Rybim Rynku i poszedł do „Kanciapki”. Mała galeryjka mieściła się niedaleko kościoła Klarysek, pani Róża, jej właścicielka siedziała w niewielkim pokoju na zapleczu. Ucieszyła się na widok Niewiadomskiego, powiedziała że chciała z nim pogadać, bo trzeba uporządkować archiwum Grubego. Zgodził się i zapytał, jak się do tego zabrać, na co odparła, że dysponuje tylko paroma fotografiami. Miała jednak adres córki Grubego, choć nie była pewna, czy jest aktualny.

– Był tu na kilka dni przed śmiercią. Siedział tu, gdzie ty – powiedziała pani Róża, gdy Artur miał już wychodzić.

– Tak, i co?

– Nic. Podobno mieliście zrobić razem książkę.

– Wiem, wiem, mieliśmy to w planach – odparł nieco zniecierpliwiony. Miał wrażenie, że Gruby wciąż tu gdzieś jest, kręci się jak co dzień po ulicach i robi te swoje dyskretne fotografie.

– Spodziewałam się tego. Dobrze, że już się nie męczy.

Adres córki Grubego znajdował się niedaleko, więc Niewiadomski poszedł tam pieszo, uznał że spacer dobrze mu zrobi. Miasto skute mrozem i przysypane niewielką ilością śniegu robiło wrażenie ogłuszonego, mimo to czuł, że go zasysa, że jeśli zostanie tu jeszcze kilka godzin, trudno mu będzie się stąd wydostać bezkarnie.

Ulica Grottgera biegła równolegle do Brdy, niedaleko od nabrzeża, kiedyś pełnego barek, a dziś stanowiącego dodatek do apartamentowca, który wyrósł nieopodal. Wielki, przysadzisty kloc odbijał swoimi szklanymi elewacjami ciemnobłękitne niebo. Chmury płynęły pod Mostami Solidarności, momentami można było zakochać się w tym mieście powietrza i wody.

Adres jak się okazało był od dawna nieaktualny. Dom, w którym miała mieszkać córka Grubego, stał pusty, z zamurowanymi oknami i wejściem, czekał na rozbiórkę, w sąsiednich budynkach większość zapytanych nawet nie słyszała o takiej osobie, jak córka Grubego, tylko jeden mężczyzna gmerający w śmietniku w poszukiwaniu aluminiowych puszek (Niewiadomskiemu przypomniał się jego dawny wiersz o systemach, które „chociaż coraz poprawniejsze, wciąż robią nam te same sceny”) odparł, że chyba wyjechała do innego miasta, a może za granicę, nie był pewien. Musiała zatem przyjechać na pogrzeb z daleka, były tam też inne osoby z rodziny Grubego, ale może z jakiejś dalszej i nie byliby w stanie pomóc z porządkowaniem archiwum. Dziedzictwo Grubego rozmywało się jak brzeg, od którego oddala się statek.

Zadzwonił do Średniego, ale ten był zajęty zakupami w sklepie IKEA, zapytał tylko czy wiadomo co z archiwum Grubego.

– Nie ma żadnego archiwum Grubego. Wszystko, co po nim zostało, to te parę rozrzuconych zdjęć.

– Poeta się w tobie odezwał, Niewiadomy.

– Pewnie łatwiej być poetą niż ocalić dorobek kumpla.

– Można dać ogłoszenie do mediów. Że szukamy dzieł Grubego, do wystawy, wiesz, taka retrospektywa. Każdy przyniesie co tam ma, powinno sporo się tego zebrać.

– Zobaczy się.

– Jasne.

Wrócił do samochodu okrężną drogą, przeszedł pod mostami na bulwar przy operze i wdrapał się na łukowaty mostek obwieszony kłódkami z inicjałami zakochanych. Niektóre kłódki nosiły ślady prób przepiłowania. To miejsce Niewiadomski lubił w Bydgoszczy najbardziej. Rozciągał się stąd widok na rozlewisko Brdy i Młynówki, na wprost huczała na wpół zamarznięta śluza przy przystani kajakowej, na lewo skuty lodem jazz farny śpiewał swoją zimową melodię, wiatr mroził twarz, kilkudniowy zarost Artura stał się biały, fara po drugiej stronie rzeki skromnie trwała na odwiecznym posterunku, biały spichrz obok niej przeglądał się w rwącej wodzie, biała płaszczyzna Wyspy Młyńskiej z narysowanymi na niej czarnym tuszem drzewami i kołującymi wysoko ławicami ptaków prosiła o chwilę skupienia. Wszystko to było zwyczajnie piękne, Gruby jednak niechętnie fotografował widoczki, choć przecież byłby w tym dobry, wolał brud, biedę, a może to brud i bieda wolały Grubego. Fotografował to, co odchodziło, chyliło się ku upadkowi, wkrótce miało zniknąć z pejzażu miasta, opanowywanego przez agresywną deweloperkę, która kolejne kwartały zamieniała w klockowate struktury bez wyrazu, choć dobrze prezentujące się w folderach turystycznych i reklamowych. Wyspa Młyńska, w ciągu minionych dwóch dekad uporządkowana i oczyszczona z wszystkiego, co dzikie i przypadkowe, straciła urok miejsca, do którego szło się na wagary, w którym można było ukryć się i gdzieś w nadrzecznych krzakach wypić dwa piwa z kumplami. Wszystko było tu ładne, równe, porządne, psy nie mogły wchodzić, można było za to grać we frisbee. Bydgoska Wenecja w niczym nie różniła się już od podobnych miejsc w Brugii czy Pradze, sumiennie odrestaurowane kamieniczki piętrzyły się nad pędzącą Młynówką, tętniły życiem kafejki i knajpki, na szczęście wilgoć nie poddawała się i zielonym liszajem wspinała się na mury, przypominając, że wszystko i tak pójdzie w zatracenie.

Chodzili tu z Hanią. Próbował sobie wyobrazić ją teraz tutaj. Jej twarz, głos, ciało, tak żywe, jakby skupiało w sobie całe życie świata. Nagle wszystko, całe to poszukiwanie śladów po Grubym, wydało mu się nieważne, przyspieszył kroku, przeciął Stary Rynek ze smutną choinką wykonaną z odpadów plastikowych, w Biedronce zrobił zapasy, a pół godziny później wyjeżdżał z miasta, które było jak puste mieszkanie.

 

Fragment powieści Wojna

Nikt nie zauważył, kiedy zaczęła się wojna.

Jedni mówili, że to było wtedy, kiedy lato przełamało się z jesienią i zieleń na wzgórzach Wysokiego Lasu zaczęła czerwienieć, bordowieć i brunatnieć. Inni twierdzili, że to było trochę wcześniej, kiedy z końcem sierpnia lasy zapełniły się grzybiarzami i przy pasie startowym parkowały sznury samochodów. Nie brakowało też takich, zdaniem których wojna trwała od dawna, tylko nie było chętnych do jej uznania. To oczywiście czysto metaforyczne, można powiedzieć, poetyckie rozumienie sprawy. Nikomu jednak nie było w głowie snuć poetyckich porównań.

Nie było też jasności w sprawie zwiastunów wojny. Lidia Witecka, zwana Czarną Wdową, która regularnie spowiadała się proboszczowi Dobrowolskiemu, była przekonana, że zmarli znaleźli przejście do świata żywych i zaczęli poczynać sobie coraz śmielej w spokojnej dotąd Ciemnej Dolinie. Opowiadała przygodnie napotykanym osobom o postaciach snujących się po miasteczku o szarej godzinie, kiedy noc jeszcze się nie kończy, a dzień jeszcze nie zaczyna. Mówiła, że słyszy szuranie ich nóg po asfalcie i stukanie do drzwi domów, które odwiedzają. Czarna Wdowa, której mąż alkoholik powiesił się kilka lat temu, miała stuprocentową pewność, że pewnego razu nieboszczyk zapuka do jej drzwi, żeby się rozmówić. A mieli sporo do wyjaśnienia, bo zanim Stefan Witecki zaparkował malucha niedaleko kanału lateralnego, wszedł głęboko w las i powiesił się na pasku od spodni, nie rozmawiali już od wielu tygodni, a może miesięcy, kto by tam liczył. Wracał tego dnia z delegacji na południe kraju, w czasie której poza naprawami gwarancyjnymi urządzeń mleczarskich (był w tym niezłym specjalistą, dopóki chciało mu się śledzić nowinki techniczne), zajmował się głównie piciem i zaspokajaniem głodu erotycznego z pracownicami agencji towarzyskiej. Pani Lidia nie o to miała do niego pretensji, wiedziała że mąż – w przeciwieństwie do niej – zawsze miał wysokie libido i potrzebował sobie od czasu do czasu ulżyć. Nie mogła mu jednak wybaczyć tego, że przestał ją kochać. Bo że przestał, tego była pewna bardziej jak tego, że po jego śmierci zaczęła widywać upiory. Widziała to w jego oczach, kiedy się kochali (a musiała robić to z nim o wiele częściej niż miała na to ochotę) i kiedy mijali się rano – on w drodze do „klopika”, jak nazywał ich ciaśniutką łazienko-ubikację, a ona – do kuchni, gdzie wstawiała wodę na kawę. Pili ją potem w milczeniu, z rzadka przerywanym jego komentarzem znad ekranu monitora, na którym śledził najnowsze doniesienia z kraju i ze świata. Nie znosiła jego wulgarnego języka, ale już dawno nie zwracała mu głośno uwagi. Nauczyła się już, że to tylko wywoła jego złość, której nie okaże jej od razu, ale z opóźnieniem, kiedy na przykład pod koniec tygodnia wróci podpity z pracy. Może wtedy ją zwyzywa albo nawet odepchnie, kiedy uzna, że żona stała się zbyt „upierdliwa”.

Nie mieli dzieci i może to sprawiło, że dość szybko stracili wspólne tematy do rozmów. Oboje nie należeli również do ludzi „z pasją”. Lidii Witeckiej wydawało się, że żonie, pani domu nie wypada zaszywać się z jakimiś tam „bzdurami”, kiedy dom i mąż muszą być utrzymani jak należy. Stefan Witecki czas, kiedy akurat nie naprawiał „szrotu” (jak z właściwą sobie gracją nazywał maszyny mleczarskie), nie upijał się bądź nie kopulował z kurwami, spędzał na przeglądaniu internetu i telewizji. Pani Lidii czasem wydawało się, że jej mąż wtedy znika, a przed ekranem tkwi pusta kukła do złudzenia go przypominająca. Zastanawiała się wtedy, czy gdyby zabiła tę kukłę, pozbyła się jej, czy wtedy odzyskałaby swojego męża. Wyobrażała sobie nawet, że wbija tej kukle w głowę toporek albo że zachodzi ją od tyłu i podrzyna gardło nożem, tym najdłuższym, z ząbkowanym ostrzem do krojenia pieczywa, a wtedy zły czar pryska i jej mąż radośnie woła od progu, parodiując amerykańskie filmidła: „hany, ajmhołm!”.

Kiedy na początku października 2016 roku usłyszała pukanie do drzwi, nie podejrzewała niczego złego. Już jakiś czas temu przestała spodziewać się czegokolwiek. Wprawdzie delegacja męża trwała już trochę zbyt długo, nawet jak na niego, a pukanie do drzwi nie oznaczało jego powrotu, bo Stefan Witecki nie miał w zwyczaju pukać do drzwi własnego mieszkania. I nawet kiedy w drzwiach ujrzała policjanta i policjantkę (była niewiarygodnie niska, jak dziesięcioletnie dziecko), pomyślała że to pewnie jedna z tych rzeczy, o których opowiada się, kiedy nie ma już innych tematów do rozmów, ot choćby jakaś akcja prewencyjna typu „bądź czujny, gdy sąsiada nie ma w domu”. Ale nic z tych rzeczy. Mała policjantka zapytała, czy Stefan Witecki to jej mąż, a kiedy pani Lidia z uśmiechem (choć gasnącym) potwierdziła, wyrecytowała (w wyobraźni pani Lidia widziała ją na szkolnej akademii) informację o znalezieniu jego zwłok wiszących na drzewie w lesie, jakieś sześć kilometrów od mieszkania, w linii prostej. Policjant (twarz nie do zapamiętania, nawet gdyby się chciało) poruszył się czujnie, jakby spodziewał się wybuchu rozpaczy, ale spostrzegł (z pewnym rozczarowaniem, bo jego obecność okazywała się niepotrzebna), że kobieta której przynieśli tragiczną wieść, ani myśli płakać i inne tego typu. Po prostu stoi, z oczami otwartymi i suchymi, z ustami może lekko zaciśniętymi, ale jednak opanowana jakby otworzyła drzwi przed jakimiś „jehowymi”.

– Dziękuję – powiedziała, bo nie przyszło jej do głowy nic innego. I jeszcze tylko: – Co teraz?

To pytanie zabrzmiało już lepiej. Było wystarczająco bezradne biorąc pod uwagę sytuację. A przecież Lidia Witecka doskonale wiedziała „co teraz”. Wiedziała, że oto otworzył się przed nią nowy świat, na którym będzie sama, absolutnie i idealnie, jak tylko sobie można wyobrazić. I ta myśl napełniła ją dziwnym spokojem. Dopiero później przyszedł żal. Jednak nie z powodu samej śmierci Stefana, bo co można poradzić na śmierć, która była, jest i będzie? Lidia Witecka żałowała, że nie mogła sama odegrać się na mężu za to, że przestał ją kochać, że śmierć sprzątnęła go jej sprzed nosa, zanim ona, w końcu żona, wymyśliła cokolwiek sensownego. Jeszcze kiedy żył, zdarzało się, że zadawała sobie pytanie: „jak długo może trwać koszmar?”, bo wyobrażała sobie koszmar jako coś w rodzaju odcinka, z początkiem, środkiem i końcem. Jednak śmierć Stefana dała na to pytanie zaskakującą odpowiedź. Okazało się, że koszmar ma wyłącznie środek i że w środku koszmaru zawsze znajduje się ona, Lidia Witecka.

Ostatnia delegacja Stefana Witeckiego wcale nie była długa. Wręcz przeciwnie, szef mleczarni, do której mężczyzna pojechał, stwierdził że z naprawą uporał się „w try miga” i że nawet nie chciał nocować w miejscowym hotelu, tylko od razu „wyrywał” z powrotem.

– Powiedział, że ma coś do załatwienia – dodał mleczarz (jeśli tak można nazwać szefa wielkiej, zautomatyzowanej mleczarni), co policjanci, których Lidia Witucka w końcu wpuściła do mieszkania, skwapliwie jej powtórzyli.

– Pewnie będzie pani chciała zobaczyć zwłoki, ale odradzam – powiedział funkcjonariusz, który przedstawił się jako aspirant Nogawa (Lidia Witecka w myślach zjaponizowała jego nazwisko na „Nogała”, co wywołało na jej ustach nieznaczny uśmieszek). Policjant rozczarowany brakiem spodziewanej reakcji na to, co powiedział, dodał: – Pani mąż musiał tam wisieć od kilku dni. W każdym razie na tyle długo, że zdążyły się do niego dobrać zwierzęta.

„Pewnie odgryzły mu nogi, a może i jaja, co?” – pomyślała Lidia Witecka, po czym zapytała, bardziej z grzeczności niż zainteresowania:

– Jak go znaleźliście?

Policjant jakby na to czekał, bo spojrzał na koleżankę, chrząknął i rzekł:

– Mieliśmy akurat tego dnia patrol z koleżanką, no i żeśmy dostali zgłoszenie o maluchu koloru czerwonego, który stoi przy szosie w lesie jakieś pół kilometra od kanału lateralnego. Zgłaszającym był leśniczy. Powiedział, że ten maluch stoi tam od trzech, a może czterech dni. Pojechaliśmy na miejsce i się rozejrzeliśmy, wie pani.

– No i natknęliśmy się na… – wtrąciła policjantka, za co spotkało ją piorunujące spojrzenie funkcjonariusza Nogawy.

– Najpierw poczuliśmy zapach, no, wie pani, nieprzyjemny – policjanta aż korciło, żeby dopowiedzieć, że od tego smrodu to koleżanka aż się porzygała, ale uznał, że to już byłoby za dużo.

– Zaraz potem natknęliśmy się na zwłoki. Były przy nich dokumenty na nazwisko pani męża – dodał Nogawa.

– A samochód był na pani męża zarejestrowany – odezwała się policjantka (której nazwiska Lidia Witecka nigdy nie poznała), gdy już upewniła się, że kolega skończył swoje.

Ale Nogawa miał jeszcze coś w zanadrzu.

– Czy pani mąż miał jakieś kłopoty? Skarżył się na coś? Może długi albo choroba? – zapytał patrząc uważnie na tę bladą, szczupłą kobietę i myśląc o tym, że w innych okolicznościach mogłaby mu się nawet spodobać.

– Nie, mąż na nic się nie skarżył. Dobrze nam się układało. To dla mnie szok. Mam nadzieję, że chociaż nie cierpiał – odparła Lidia Witecka, którą zaskoczył spokój własnego głosu.

– Zapewniam panią, a pracuję w tym fachu już ładnych parę lat, że śmierć przez powieszenie następuje bardzo szybko – stwierdził Nogawa jakby objaśniał działanie sokowirówki.

– Bardzo nam przykro, że musieliśmy przekazać pani tak smutną wiadomość. W razie czego może się pani z nami skontaktować – powiedziała funkcjonariuszka wręczając wdowie Witeckiej kartkę z telefonem.

Policjantka rzuciła jej na odchodne spojrzenie, które można było odczytać: „wiem, że nie mówisz prawdy, ale cię rozumiem”, choć mogło to być mylne wrażenie. W końcu wyszli starannie zamykając drzwi.

Nie minął rok, a wdowa Witecka stała się Czarną Wdową, która opowiadała wszystkim, że widzi umarłych. Obłęd przyszedł w samą porę, wypełniając pustkę, z którą kobieta nie umiała sobie poradzić. Chodziła po miasteczku z walizką wypełnioną ciuchami i przyborami toaletowymi. Wyglądała jak ktoś gotowy w każdej chwili wsiąść do autobusu i wyjechać stąd na zawsze. Być może na początku była w niej ta gotowość, ale z czasem walizka stała się kolejnym rekwizytem szaleństwa. Dzieciaki pokazywały ją sobie palcami, wołały za nią, a ona szła – blada, szczupła, wysoka, cała na czarno, raczej sunęła ulicami miasteczka, które już dawno uznała za trupa. Niekiedy mówiła coś do siebie i gdyby ktoś miał ochotę temu się przysłuchać, usłyszałby że wdowa Witecka rozmawia ze zmarłym mężem, pyta go dlaczego przestał ją kochać, skoro ona kocha go nawet teraz, kiedy on już dawno leży w grobie. I nikt nie usłyszałby tego, co ona słyszała.

Siedem lat po śmierci męża wciąż na niego czekała, a gdy w środku nocy, jakoś na przełomie lata i jesieni 2017 roku usłyszała hałasy na korytarzu i walenie do drzwi, pomyślała z ulgą, że to nareszcie on. Nie zdążyła dojść do drzwi, gdy kopnięte z dużą siłą wpadły do przedpokoju, a za nimi ktoś w ubiorze koloru khaki, z wielkim karabinem i krzyczący coś ochryple w niezrozumiałym języku. Ten ktoś popchnął Lidię Witecką w głąb mieszkania. Kobieta przewróciła się i leżąc między przedpokojem a kuchnią patrzyła, jak jej mieszkanie jest plądrowane już nie przez jednego, ale przez całą grupę podobnych osobników w strojach koloru khaki i uzbrojonych w wielkie czarne karabiny. Potem ci ludzie wywlekli Czarną Wdowę z mieszkania nie pozwalając zabrać niczego. Znalazła się przed blokiem, z innymi wygarniętymi z niego mieszkańcami. Potężny drągal rozdzielał kobiety od mężczyzn i dzieci. Kobiety, wśród nich Czarną Wdowę, załadowano na ciężarówkę z plandeką (też w kolorze khaki) i zawieziono pod halę sportową. Ładna, obszerna, oddana do użytku pod koniec pierwszej dekady XXI wieku, była prawdziwą dumą miasteczka. Teraz zagnano do niej kobiety. Gdy wdowa Witecka znalazła się w środku, zobaczyła, że jest tam już jakaś setka (jeśli nie więcej) kobiet w różnym wieku. Mężczyźni w kolorze khaki przechadzali się wśród nich, wybierali sobie kobiety, po czym odciągali od grupy i kładli się na nich. Całe jasne, pastelowe wnętrze hali, aż po drewniane wsporniki zadaszenia, wypełniał krzyk gwałconych kobiet i śmiech gwałcących mężczyzn. Ci, którzy akurat nie byli zajęci kopulowaniem z mieszkankami Ciemnej Doliny, grali w kosza, w nogę albo pili wódkę. Całe jej kartony przywieziono z „Biedronki”, którą ludzie w kolorze khaki ogołocili z całego towaru.

 

* * *

Powieść Jarosława Jakubowskiego Hejter bez wątpienia powstała z autentycznej potrzeby powiedzenia czegoś ważnego o nas współczesnych. Przy zalewie na siłę produkowanej kobiecej literatury, należy docenić tytuł prezentujący wyraziste, męskie spojrzenie na dylematy przełomu wieków. Na tym i na szczerości pisarskiej wypowiedzi polega największa wartość Hejtera.

Piotr Samolewicz, z recenzji powieści Hejter

 

Czy rację ma wieszcz Krasiński, głosząc, że historia, w której człowiek pcha się na miejsce Boga, wiedzie do nieuchronnej czeluści? Tryumf koszmaru? Profetyczna przestroga Jakubowskiego nie jest aż tak stanowcza, może dlatego, że w Ciemnej Dolinie udało się ocalić odrobinę Boga. Może odrobinę złudzeń. Ale nie uprzedzajmy wypadków...

Tego, drogi czytelniku, wstrząśnięty i zmieszany, nie możesz skwitować wzruszeniem ramion. Nie jesteśmy bezpieczni, czeluść czyha. Jarosław Jakubowski pisze po coś. I to „coś” jest ważne.

Wojciech Czaplewski, z recenzji powieści Wojna

 

Jakub Kaja – fotografia

Fotografie końca?

Prezentowane obecnie zdjęcia Jakuba Kaji zaliczyć można do serii „portretów żebraczych”, które w historii sztuki mają poczesne miejsce. Ludzi ubogich, ułomnych, samotnych i wykluczonych poza nawias społeczeństwa malował choćby Diego Velasquez czy Vincent van Gogh, a pojawienie się fotografii właściwie od samego początku zachęcało autorów do zapuszczania się w głąb ludzkiej nędzy. Mam ambiwalentny stosunek do tego typu zabiegów, rozumiem że wynikają one raczej ze szlachetnych, chrześcijańskich pobudek (miłosierdzie), ale jednocześnie mogą dawać efekt podglądania cudzego cierpienia, mającego w sobie coś z bezwstydu.

Jakub Kaja na szczęście unika tej pułapki. Jego intencje są jasne, a można sformułować je tak: umawiamy się, że chodzę po mieście z aparatem fotograficznym i robię zdjęcia napotkanym ludziom, a ponieważ zapuszczam się raczej tam, gdzie nie sięgają przewodnicy turystyczni, to efekt jest taki, jaki jest.

Mamy na tych fotografiach ludzi żebrzących pod kościołami, wysiadujących na kamiennych schodkach, przemykających gdzieś przez place albo zaułki, krótko mówiąc – uchwyconych w ich codziennych zajęciach, w działaniu bądź bezruchu. Często są to ludzie starzy, sponiewierani przez czas, tak samo jak tło, na którym są fotografowani – sfatygowane mury, oblepione miejskim pyłem i graffiti. Pod pozorem rodzajowych obrazków Jakub Kaja przemyca przekaz dramatyczny, kto wie czy nie wręcz apokaliptyczny.

Czy aby nie obserwujemy okruszków, które składają się na obraz końca naszej cywilizacji? Z tym pytaniem zachęcam Państwa do uważnego obejrzenia najnowszych fotografii Jakuba Kaji.

Jarosław Jakubowski

Jakub Kaja
Ukryte miasto 39
Jakub Kaja
Ukryte miasto 38
Jakub Kaja
Ukryte miasto 37
Jakub Kaja
Ukryte miasto 36
Jakub Kaja
Ukryte miasto 35
Jakub Kaja
Ukryte miasto 34
Jakub Kaja
Ukryte miasto 33
Jakub Kaja
Ukryte miasto 32
Jakub Kaja
Ukryte miasto 31
Jakub Kaja
Ukryte miasto 30
Jakub Kaja
Ukryte miasto 29
Jakub Kaja
Ukryte miasto 28
Jakub Kaja
Ukryte miasto 27
Jakub Kaja
Ukryte miasto 26
Jakub Kaja
Ukryte miasto 25

Jakub Kaja

Urodzony w 1982 w Bydgoszczy. Absolwent Akademii Krakowskiej na Wydziale Malarstwa o specjalności grafika użytkowa oraz Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku na Wydziale Grafiki o specjalności fotografia. Pasjonat fotografii ulicznej, plakatu, grafiki i designu. Z zamiłowania podróżnik i sportowiec. Na co dzień szczęśliwy mąż i tata. Zdobywca 1 miejsca oraz specjalnego wyróżnienia w ogólnopolskim konkursie na plakat z okazji 90-lecia Banku PKO BP. Uczestnik wystawy konkursowej 23 Międzynarodowego Biennale Plakatu w Wilanowie, 26 MBP w Warszawie oraz IV Biennale Plakatu Społeczno-Politycznego w Oświęcimiu. Laureat 1 nagrody w ogólnopolskim konkursie na plakat z okazji 100-lecia Odzyskania Niepodległości przez Polskę.

,

Jarosław Jakubowski

Urodzony w 1974 r. w Bydgoszczy. Poeta, prozaik, dramatopisarz, dziennikarz. Studiował budownictwo lądowe na Politechnice Gdańskiej i politologię na Uniwersytecie Gdańskim. Autor kilku tomów wierszy, między innymi: Pseudo, Ojcostych, Flow i Święta woda oraz tomów próz poetyckich Slajdy, powieści Cyryl, dlaczego to zrobiłeś?, zbioru opowiadań Oczy pełne strachu oraz wyboru sztuk teatralnych Generał i inne dramaty polityczne. Czterokrotny laureat nagrody Strzała Łuczniczki za najlepszą bydgoską książkę roku (za Pseudo i Slajdy). Jako dramaturg debiutował w 2007 r. w Laboratorium Dramatu w Warszawie czytaniem scenicznym sztuki Dom matki. Na polskich scenach odbyły się premiery jego sztuk: Generał, Życie, Koncert na rożek, bęben i violę, Wszyscy święci, Wieczny kwiecień, Człowiek, który nie umiał odejść, Licheń Story. Sztuka Generał zdobyła Grand Prix festiwalu polskich sztuk współczesnych „Raport” w Gdyni w 2011 r. W 2012 r. sztuka Wieczny kwiecień zwyciężyła w ogólnopolskim konkursie dramaturgicznym „Metafory Rzeczywistości” w Poznaniu. Współpracownik Dwumiesięcznika Literackiego „Topos”. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Koronowie.