11.04.2021–18.04.2021

autorska.pl

ŻYCIE W UKRYCIU – odsłona 53, Jan Kasper, Jakub Kaja

Jan Kasper – poezja

Natura poetycka podług rysunku Marysi

Świat definiuje Bóg
o obliczu skrytym
w komplecie kredek woskowych.

Bazgroły chmur.
Wilki żyją rozrzutnie
same w lesie.

Kiedy las
postanawia
żyć bez wilków,

okazuje się
do czego zdolne są
kły i pazury.

Zdany na własną
nieforemność
i ustronie w zagajniku – stoi

leśniczy z flintą.
Obwiązana krzywą linią
głowa.

Wielkie oczy,
które widzą,
co jest im zakreślone.

 

Wdowy

Błyszczą szylkretowymi klamrami
we włosach, gustownie ubrane.
Od razu widać, że siostry. Podobne,
choć jedna starsza od drugiej.
Obie chude, pokurczone. Dłonie pod siatką
rękawiczek z włóczki, uschłe jak listki.
Muśnięte szminką usta uformowane
w ciup, powściągliwe w sądach o innych.
Pobożne katoliczki, więc przeraża je wizja
ognistego pandemonium, skwierczący w nim
chrust ludzkich ciał. Gdyby umiał ktoś
otworzyć ich sekretne skrytki, ogniotrwałe
dusze, byłby zawiedziony: żadnej tajemnicy,
która budziłaby podejrzliwość czy niechęć.
Raczej spokój, bez złudzeń, dyktowany
doświadczeniem ich wieku. Co mogły,
osiągnęły, kroczek po kroczku wyżej
w urzędowej nomenklaturze. Oddane
nużącej buchalterii, warowaniu przy telefonie,
który łączył z gburowatym szefem.
Mężowie dawno w grobie, dzieci daleko.
Niczym castrum doloris, głuche klitki w bloku.
Na co narzekać, nie śmiałyby nawet.
Kiedyś starsza zagadnęła mnie w miejskim
autobusie. „Wie pan, ja sobie coś odkładam
na czarną godzinę. Krystyna nic o tym
nie wie”. Klepnęła dłonią o kolano,
zobaczyłem twarz przebiegłej agentki.
„Ale się zdziwi, jak umrę i jej to wszystko
zostawię”. Pomogłem staruszce
wysiąść, potem rozmyślnie minąłem swój
przystanek i pojechałem do samego końca.
Dokąd zwykle zmierzają wybrani.

 

Objawienie Pana Lucka

Bądź wierny aż do śmierci,
a dam ci wieniec żywota.
Apok. 2, 10

„Gorąc” – wzdycha Pan Lucek, zatopiony
w leżaku. Mizerna konstrukcja ledwo
radzi sobie z jego ciężarem. Tęgi brzuch,
jak zawias, porusza się w tę i we w tę.
Prawie już drzemiąc, ze znawstwem eksperta
dodaje: „Gorąc, że się psy o cień gryzą”.

Pożytek z mentorstwa Pana Lucka
raczej niewielki. Zwykle ogranicza się
do prostych sylogizmów: coś, jeśli już jest,
jest dokładnie tym, czym być powinno.
Jabłko po to wisi na drzewie, żeby zostać
zerwane. Więcej Pana Lucka nie obchodzi.

Liczy się wyłącznie zasada równa dziecięcej
kalkomanii, tępe z pozoru odwzorowanie
świata, w istocie – przyporządkowanie go
właściwym desygnatom. Neguje Pan Lucek wszelkie
skrajności, wycia operowe albo pieśni aborygenów
nie dla niego (zmienia program, zatyka watą uszy).

Położył się i leży. Rejtan przed szklarnią
z ogórkami, po które lubi sięgać
dzika wyobraźnia. Wyznaje iście
buddyjską naukę: nie zakłócać spokoju, trwać
jak najdłużej w błogim, medytacyjnym
bezruchu. Czasami westchnąć, że – „gorąc”.

 

Strefa tak ciężko dziś wydobyta

A jednak dzieje się to, trwa.
Alice Coltrane jest białą kobietą,
moja mama czarną.
Mama, która nigdy
nie uczyła się gry
na żadnym instrumencie,
potrafi wirtuozersko grać
na harfie Alice.

Alice słucha
przejęta, pstryka
do taktu palcami.
Mama kończy grę, wtedy Alice
zaczyna nucić swingowo
nie wiadomo skąd znane jej
mazurki, oberki i polki.
Przytupuje fertycznie.

Nic o sobie nie wiedzą.
Nie mogą porozumieć się
w żadnym języku.
Muzyka, którą wykonują, faktycznie
nie istnieje. Znów
zapakowane we własne skóry, osobne.
Alice Coltrane uczepiona bełkotu metropolii,
mama posłusznie umarła.

 

Kruchość w tym władczym pośpiechu

Ze ściany, jak się okazuje, nie zniknął
stary zaciek, prymitywny fresk, w którym zauważam
postać patrona – tych, co wchodzą i wychodzą.

Zająłem miejsce
naprzeciw. Piję herbatę
z cytryną, przeglądam gazetę.

Książę belgijski miał
wypadek na nartach,
wcześniej holenderskiego
przysypała lawina.
Hipotetyczny incydent w górach
ze mną: przewracam się,
urywa mi się film. Trafiam
w zbawcze objęcia anonimowości.

Nie zostałem wyróżniony, ale nie zostałem też
pominięty. Wstaję,
uiszczam za herbatę, zapinam kurtkę.

Lala za ladą, której mechanizm obraca się nienagannie,
poleruje szkło. Kruchość prześwituje
spoza jej długich palców, kruchość, jaką noszą – wszyscy,

co wchodzą i wychodzą.

 

Wersety grzeszników

Tak biegną dni, mijają ranki i wieczory tego dziwnego życia.
Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem


1
Trzyma ją za rękę. Trzyma mocno ją za rękę.
Kłaczaste nasiona topoli całują ziemię.
Krótki błysk nad horyzontem.
Szkło ostrożnie wyjmowane z ciała. Biodro tęczy.

2
Piwnice żandarmerii, ściany obryzgane krwią.
Zabiję cię, ty skurwysynie!
Włosy i paznokcie, niemi świadkowie.
Ugór zakwita, kiełkuje ospałe żyto.

3
Kołysze się w starym fotelu, przed pustym oknem.
Trawy już wiedzą, woźny sądowy posłany zostaje z wezwaniem.
Tkanina ptasich głosów – gęstnieje, rzednie.
Kroki na schodach. Zbawienny logos.

4
Serce w maszynce do mielenia mięsa.
Dni i miesiące czekania, okruchy zgarnięte ze stołu.
Jakby płód w niej się obrócił.
Żydowski pejsie, strąku śmierci, nie obwiniaj nas!

5
Zamknięta w sobie jak w piwnicy ze szczurami.
Zjawy prześladowców, cuchnących ideologią, pewnych siebie.
Brutalność, która stała się przymusem, żarliwym nałogiem.
Sterczą za drzwiami kły mrozu, brakuje mąki na chleb.

6
Nieobjęta przyszłość, stos samochodowych opon w ogniu.
Jej wypełniona pragnieniem płeć, jego penis w euforycznej gotowości.
Oddają się snom i intrygom wyobraźni. Nie doznają ulgi.
Horyzonty, otchłanie serca – zadeptuje ciemność.

7
Tańczyli w karnawale, chodzili na pogrzeby.
Stopy ich dotykały ognia, wstępowały w chóry powietrza.
Zostało niebo wygięte jak brew, paznokcie wyrwane obcęgami.
Bóg, który objawia się w bólu i jest obietnicą jego przekroczenia.

8
Zatkany sedes, jęczy kapiąca woda, żarówka gaśnie w celi.
Urojone kobiety wchodzą pod koc, mają zakneblowane usta i skrępowane ręce.
Tu, na stole, szklanka stygnącej herbaty. Zaczęła palić.
Wicher otwiera okno, pustka wdziera się do jej myśli.

9
Plemiona traw w trudzie nieustannej odnowy. Przyłącza się do nich.
Dźwiga dłonie w bandażach, w płucach haust zimnego poranka.
Droga do domu między topolami – odwzorowanie nierealnej topografii?
I stał się Żydem, i pojął brzemię swojego wygnania...

10
Wyobraża sobie, że kładzie głowę na kolanach matki.
Spokój. Wlewa się w nią powoli, przenika ją całą.
Z niewidocznej ściany wysuwają się szuflady mroku.
Sprawdzasz, śmierci, czy odpowiedni dla ciebie – rozmiar mojego bucika...

11
Psy go nie poznają, warczą jak spadające kamienie.
Tęcza oderwana od jej biodra, węzeł bólu uwięziony w materii.
Trzepot klamki, dzwonienie krwi.
Słyszysz kosa za oknem, w kędziorach bluszczu?

12
Stoją i patrzą na siebie, na chwilę opuściły ich słowa.
Powietrze po burzy, zapachy ogrodu i wybebeszonej ziemi.
Czułość. Jakby to właśnie ona miała wszystko przetrwać.
Trzyma ją za rękę. Trzyma mocno ją za rękę.

*    *    *

To poezja na wskroś egzystencjalna, drążąca tajemnicę losu, borykająca się z oceanem samotności i absurdalności istnienia, poezja zarażona metafizycznym przeczuciem i bólem jego przyziemnych uwikłań. (…) Najbardziej zdumiewa mnie udany mariaż, możliwy do osiągnięcia w liryce naprawdę wysokiej klasy – mariaż współczesnego realizmu, konkretu i bardzo osobistego, intymnego przeżycia z owym uniwersalizmem i metafizyką wręcz (…) „antycznego” kalibru.

Leszek Żuliński, „Tygodnik Nowy” (1990)

 

Opiewając zniewalające piękno świata, powiedzmy to wreszcie – piękno okrutne i złowrogie, bowiem jest to piękno świata nie tyle zmierzającego ku zagładzie, co będącego zagładą, Jan Kasper okazuje się apologetą jego barw, kształtów, smaków i zapachów, dzięki którym samotni aż do bólu ludzie, patrząc sobie w oczy, mogą się porozumieć, bez zbędnych słów.

Janusz Drzewucki, „Twórczość” (1994)

 

Pamięć poety wydobywa zarówno to, co było kiedyś ważne i znaczące, jak i rekwizytornię szpargałów, dziś odnajdowaną z czułością jako część utraconego świata. Ta poetycka podróż w czasie nie ma nic z sentymentalnej ckliwości, w której zawsze tkwi uładzony, odległy od rzeczywistości obraz. Poezję Jana Kaspra dynamizuje dramatyzm nieodwracalności czasu i rzeczy.

Piotr Szewc, „Życie Warszawy” (1994)

 

Jest u Kaspra zarówno wiara, jak i gorzka konstatacja o naszej indywidualnej (nie tylko twórczej) samotności, o pojedynczości każdego przeżycia, nieprzekładalności uczuć i wrażeń. Może zatem poezja jest ową sztuką przekładu „niewyrażalnego” na ciągle niedoskonałe „wyrażalne”.

Krzysztof  Lisowski, „Nowe Książki” (1999)

 

W swoich wierszach Kasper udostępnia  to, co jego własne, osobiste i nabrzmiałe – udostępnia w formie prostej i kunsztownej, lecz pozbawionej celowej dbałości o elegancję i wywarcie wrażenia. Ten brak dystansu i gry w rodzaju „jak zaczarować formą, przyciągnąć” – to rzadkość wśród dzisiejszych poetów.

Katarzyna Bielińska, „Gazeta Wielkopolska – Wyborcza” (2000)

 

W wierszach Kaspra mądra jest cisza, wewnętrzny spokój, dojrzałość. To jeszcze jeden przykład poezji miejsca, która w latach 90. zdobyła sobie uprzywilejowaną pozycję w literaturze.

Julian Kornhauser,  „Tygodnik Powszechny” (2000)

 

Kasper uprawia lirykę odpomnienia, szukania istoty i duchowego sensu rzeczywistości, jest poetą epifanii i pokory. Jego czułe, subtelne wiersze niczego sobie nie roszczą, zna się ich miarę i możność, ich bezradność i granice. Zapisać ulotne żywe piękno chwili, widzieć i czytać znaki, poznawać, pamiętać, rozumieć. Niewiele więcej. Doznawać, dotykać sensu, odczytać przeznaczenie.

Sergiusz Sterna-Wachowiak, „Gazeta Malarzy i Poetów” (2001)

 

Opowieść wyraźnie ciąży ku uniwersalnemu sensowi, a realistyczny styl raz po raz urozmaica autor stylem wizyjno-halucynacyjnym, obrazami z pogranicza snu i jawy. Daje to w efekcie całkiem ciekawy tekst. Myślę, że duże znaczenie ma w Deszczach mocno zmysłowy, nieomal materialny język poematu. Bo właściwie otrzymujemy nie tyle rozwijającą się w czasie opowieść, ile serię statycznych obrazów. Kasper unieruchomił je po to, byśmy więcej uwagi poświęcili językowi.

Anna Kałuża, „Nowe Książki” (2005)

 

Oto dorosły narrator wychylający się ze zbrutalizowanego, nienaiwnego, świata niejako „obciąża” swoją zrozpaczoną wiedzą – zaprzeszłego samego siebie. Natomiast chłopięco-dziecięcy „widzący” obdarza swój dorosły „konterfekt” – nadzieją.  Tak powstanie niezwykły i niepowtarzalny, charakterystyczny tylko dla Jana Kaspra „awers” i „rewers” Janusowego świata. W takim  połączeniu „bólu czystego” i „bólu zbrukanego” rozbłyskuje – wizja. Jest ona wzniesieniem  na wyższy, metafizyczny poziom roziskrzonych sensów i wychyleniem się ich ku – t r a n s c e n d e n c j i.

Tadeusz Żukowski, Posłowie do „Zbieraczy jabłek” (2011)

 

Czy Jan Kasper stał się apologetą prowincji? Czy jego zwrot w stronę zwyczajności można odczytywać jako próbę „zakorzenienia”, odnalezienia własnego, prymitywnego „centrum”? Raczej nie. Podmiot jego utworów często doświadcza „niezamieszkania” – przerażającej obcości ulic, ludzi, skwerów. Miejsca, w których przebywają bohaterowie tej poezji, okazują się w środku puste, wypełnione nicością. (…) Gdyby można było jednym słowem określić złożony stosunek autora do prowincji, musielibyśmy sięgnąć do niemczyzny, która skrywa w sobie termin Hasslibe, oznaczający zarówno miłość, jak i nienawiść.

Wojciech Kudyba, „Generacja źle obecna” (2014)

Jakub Kaja – plakaty społeczne

Telewizyjne reklamy próbują nas przekonać, że główną troską pokolenia seniorów jest wybór właściwego kleju do protez, dzięki  któremu będą mogli „jeść, rozmawiać i uśmiechać się bez obaw”.

Konfrontacja sloganu reklamowego z realiami ulicy nie pozostawia wielu złudzeń.  Obaw i lęków nie brakuje, a klej do protez - nawet najlepszy – nie sklei prawdziwego życia. Taka konfrontacja stała się inspiracją cyklu wielkoformatowych plakatów społecznych Jakuba Kaji.

Dokumentalne lub paradokumentalne monochromatyczne kadry, powiększone do rozmiarów citylightu, ujawniają te „szczeliny istnienia”, które codziennie zadeptujemy w pogoni za domniemanym lub namacalnym powodzeniem. Brak powodzenia wydaje się jakąś dysfunkcją społeczną, ułomnością, dyskwalifikacją. Nas nie powinien dotyczyć. Jest TYLKO gdzieś OBOK.

Ten właśnie obszar zainteresował pana Jakuba na tyle, by dedykować mu swoją pracę dyplomową.

Stara się zatrzymać uwagę odbiorcy-przechodnia tak, by – celowo skonfrontowane - obraz i słowo poruszyło jego wyobraźnię i wrażliwość.  Stosuje proste, ale bardzo świadomie dobrane środki ekspresji, ufając, że czasami „mniej” znaczy „więcej”.

Mam nadzieję, że między setkami barwnych frazesów i efektownych, ekwilibrystycznych popisów wizualnych - codziennie kokietujących tłumy na ulicy - dostrzeżecie Państwo sens tych oszczędnych w formie, szaro-burych refleksji graficznych pana Jakuba Kaji adresowanych do każdego z nas.

prof. Tomasz Bogusławski

Jakub Kaja
Work don't Play
Jakub Kaja
Starość
Jakub Kaja
Patriotyzm
Jakub Kaja
Niepełnosprawność
Jakub Kaja
Nasze dzieci
Jakub Kaja
Mam wiele do zaoferowania
Jakub Kaja
Kredyt za życie
Jakub Kaja
Hospicjum to
Jakub Kaja
Gdzie są chłopcy z tamtych lat
Jakub Kaja
Bieda
Jakub Kaja
Bezdomność
Jakub Kaja
Ala ma Alzheimera

Jakub Kaja

Urodzony w 1982 w Bydgoszczy. Absolwent Akademii Krakowskiej na Wydziale Malarstwa o specjalności grafika użytkowa oraz Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku na Wydziale Grafiki o specjalności fotografia. Pasjonat fotografii ulicznej, plakatu, grafiki i designu. Z zamiłowania podróżnik i sportowiec. Na co dzień szczęśliwy mąż i tata. Zdobywca 1 miejsca oraz specjalnego wyróżnienia w ogólnopolskim konkursie na plakat z okazji 90-lecia Banku PKO BP. Uczestnik wystawy konkursowej 23 Międzynarodowego Biennale Plakatu w Wilanowie, 26 MBP w Warszawie oraz IV Biennale Plakatu Społeczno-Politycznego w Oświęcimiu. Laureat 1 nagrody w ogólnopolskim konkursie na plakat z okazji 100-lecia Odzyskania Niepodległości przez Polskę.

,

Jan Kasper

Absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu (1976), emerytowany nauczyciel I LO im. Powstańców Wlkp. w Wągrowcu.

Prowadził złożony z młodzieży licealnej alternatywny Teatr Prób (1981–2013), obecny na licznych festiwalach teatralnych w Polsce i Europie (Grenoble, Saarbrücken) i uhonorowany wieloma prestiżowymi nagrodami.  Szczególnie wyróżnił się jego spektakl Okna (1994), znany z programu IV Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego MALTA w Poznaniu. Rozgrywał się w oknach i oszklonych korytarzach gmachu wągrowieckiego liceum (z 1872), angażując aż 150 wykonawców.

Działalność Teatru Prób przedstawiają monograficzne publikacje: Po własnych śladach (2001), Ciąg dalszy (2006), Jeszcze, jeszcze dalej (2011) i Czwarta ściana (2016). Wszystkie pod red. Jana Kaspra.

Jest on autorem książek poetyckich: Noc przed ocaleniem (1985), Przejście graniczne 1985), Zwierzęta doświadczalne (1990), Śmierć wizjonerów (1993), Miasto nad wodą (1999), Chleb z wiśniowym dżemem (2000), Ziemia dla skowronków (2005), Wiry, strzępy, psie prognozy (2007), Zbieracze jabłek (2011), Wyznania dozorcy mrówek (2015).

Tłumaczony na język niemiecki w antologii Posener Dichter (Poeci poznańscy), red. Dorothea Müller-Ott (2008).

Należy do poznańskiego oddz. SPP.

Otrzymał m.in.: Nagrodę Ministra Kultury i Sztuki (1988), Medal Młodej Sztuki (1991), Nagrodę Teatru Ósmego Dnia (1994), Symboliczną Nagrodę R. Milczewskiego-Bruna (1999), Srebrny Mikrofon Radia Merkury (2007).

Mieszka we wsi Łaziska k. Wągrowca.