Styczeń 2021 – ŻYCIE W UKRYCIU (Galeria Autorska proponuje) – odsłona 37

Krzysztof Nowicki – proza

Krzysztof Nowicki, fot. Zbigniew Lubaczewski

Krzysztof Nowicki, fot. Zbigniew Lubaczewski

Krzysztof  Nowicki, ur. 1940 w Opsie na Wileńszczyźnie, zm.  1997 w Bydgoszczy. Ojciec Bohdan Nowicki był lekarzem, matka Kira Hübschmann  nauczycielką.  Od 1945  mieszkał w Bydgoszczy. Ukończył filologię polską na UMK u prof. Konrada Górskiego. Po studiach pracował w rozgłośni Polskiego Radia, a później w tygodniku „Fakty i Myśli”. Poeta, pisarz, dramaturg, krytyk. Opublikował tomiki wierszy: Zbliżenia (1963), Przy słowie (1965), Komentarze (1970), W tej chwili (1976), Do przytomności (1981), Po imieniu (1983), Bez tytułu (1991). Wydał powieści i tomy opowiadań: Droga do ojca (1967), Główna przegrana (1967), Tętno (1969), Orfeusze (1973), W imię ojca i syna (1978), Śmierć Gulliwera (1983), Było święto (1987), Ostatni kwartał (1987), Przetoka (1992), Drugie życie (1995). Ostatnia książeczka Od rzeczy ukazała się w 1998.  Publikował utwory literackie i krytyczne m.in. w: „Tygodniku Kulturalnym”, „Współczesności”, „Twórczości”, „ Życiu Literackim”, „Toposie”. Wydał wybory szkiców, recenzji i felietonów literackich: Pertraktacje (1971) i Dziennik krytyczny (1981). Opublikował trzy dramaty, z których Pięć dni Lemuela Gulliwera wystawiły Teatr Mały w Warszawie i Teatr TVP. W latach 1966-1983 należał do ZLP, a od utworzenia do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Był członkiem PEN Clubu.

 *     *     *     

Znalazłem się zatem przed swoistym trybunałem, który
na wstępie ma ustalić moją tożsamość, jakiej sam nie byłem pewny, a następnie
sformułować krótki akt oskarżenia. Przedmiotem sprawy jest bowiem uzurpacja
i oszustwo z mojej strony, którym to zajęciom oddawałem się przez lata. …

Nie miałem najmniejszej szansy na ocalenie, gdyż głównym świadkiem oskarżenia był Daniel Defoe. …

Człowiek, który mnie oskarżał sprawdził się ostatecznie w różnych dziedzinach. Nie był mu obcy handel ani spekulacja, dziennikarstwo, które jest jak wiadomo formą załatwiania doraźnych porachunków, wreszcie nie wypierał się kilku utworów, z których każdy – moim zdaniem – zawierał cały świat.

Daniel Defoe nie czekał na komplementy. Okazał zniecierpliwienie, jakie ogarnia nas na widok ceregieli, które okazujemy wobec przyłapanego na gorącym uczynku drobnego złodzieja.

Dowiedziałem się przeto, że ma dość tłumaczy i adaptatorów. Brzydzi się naszymi imitacjami rzeczywistości. Nie znosi kombinacji z czasem i konstrukcją narracji. Jednym słowem, trzeba sprowadzić język na ziemię
i ukarać podobnych do mnie oszustów.

                                         

Próbowałem tłumaczyć nieśmiało, że każdy ma swoją granicę i próg wrażliwości, że nie trzeba wszystkich traktować jednakowo. A on mi na to, że moja dusza widocznie jest chora, skoro szukam sposobów, miast odsłonić istotę. Nasze eksperymenty nazwał obrazą boską i sprzeniewierzeniem. Tymczasem wszystko ma sens moralny. Zatem, sugerował, występujemy przeciw moralności.

Wreszcie się zlitował i spytał dość łagodnie. Dlaczego piszesz? Mówiłem mętnie. Chaotycznie, jak człowiek nagle obudzony ze snu. To jest mój sposób istnienia. Ratuję życie.

To go zeźliło do reszty. Pismo nie jest na ratunek. Ocalić może cię Pan Bóg. Jeśli zechce. W co wątpię. Ratować może wiara, armia, być może medycyna. Czasem konstabl. To się zdarza.

Powiedziałem, że to jest jak zaraza. Wtedy się ożywił. Mówiłem o zazdrości wobec olśnień, jakie spotkałem u różnych autorów. Kiedy ich czytałem, byłem pewien, że mnie Bóg opuścił. Toteż, usprawiedliwiałem się jak umiałem, zawsze staram się streszczać. Wszystkimi drogami zmierzam do milczenia.  Każde zdanie traktuję jako ostatnie. …

Moja wina jest wielka, lecz -- prawdę mówiąc – przestała mnie już interesować. Po prostu uległem zarazie. To stało się tak dawno, że ledwie pamiętam ów egzemplarz  „Przypadków Robinsona”. Wiem tylko, że za drukowanymi stronami pojawiały się ryciny przykryte papierem stanowiącym coś pośredniego między bibułą a pergaminem. …

Właśnie wtedy, panie, gdy znalazłem się po raz pierwszy na wyspie, zostałem przez ciebie wymyślony.  Byłem dzieckiem i wszystko brałem dosłownie, a teraz, choć stary, wciąż myślę tamtymi obrazami i już nigdy nie wrócę z wyspy Robinsona.

Ty jeden wiesz co to znaczy, skoro przyznałeś, że jesteś Robinsonem. Zapewne czułeś coś podobnego, co ja teraz, stojąc przed tym dziwnym i surowym trybunałem, gdy mówię  sędziom o gipsowych, martwych twarzach: tak, jestem winny, ale również jestem zmyśleniem Daniela Defoe, którego nikomu z was nie muszę przedstawiać. …

Teraz widzę, że dzięki tobie i twojej zarazie zatoczyłem koło. Urodziłem się na wyspie i wędrując długo między szczegółami o wątpliwym znaczeniu, dotarłem na koniec przed oblicze trybunału, który usadowiony w tej świątyni prawa, próbuje sądzić rzeczywistość.

W ostatnim słowie nie proszę o łagodny wymiar kary. Chcę wyznać, że nie czuję lęku, gdyż nie mogę odpowiadać za uczynki pana Daniela Defoe, który w pewnym sensie był moim ojcem, która to sprawa wymagałaby odrębnego postępowania przed wami, szanowni panowie.

Mogę jednak obiecać, że jeśli Bóg pozwoli, a panowie uwierzą, skorzystam z najbliższej okazji i będę milczał. 

Zaraza  z tomu  Drugie życie, Bydgoszcz 1995 (urywki)

*     *     *     

Nowicki miał zawsze wyczuloną świadomość „przeżyć generacyjnych”. Jego temat naczelny można by zawrzeć w pytaniu: dlaczego przeciętność tak  bardzo pragnie nas osaczyć, jakie diabły i konieczności są tu czynne? Nie  rzucał przy tym gromów na historię – choć i jej presję doceniał. On miałkość swoich bohaterów przypisywał także im samym, ich słabości, ich inercji. Aż wreszcie postanowił bohaterem i przedmiotem refleksji uczynić samego siebie  jako reprezentanta „pokolenia bez biografii”.

Krzysztof Mętrak

 

Drugie życie ma taką dynamikę: od rozpraw czytelnika z lekturami moralnie i egzystencjalnie obowiązkowymi, poprzez dylematy rzeczywistości i zmyślenia (wmówienia), do niemalże surrealistycznych, bunuelowskich naigrywań z marzeń o nieśmiertelności i czytactwie… Taki wybór nie został uczyniony gwoli zabawy, tu chodzi o ukazanie tych zbieżności i szczelin, jakimi są życiopisanie Kafki, ideopisanie Conrada, absurdopisanie Camusa i pisaniopisanie Borgesa.

Andrzej Chojecki

*     *     *

Krzysztof Nowicki pozostawił po sobie obszerny dorobek literacki: tomy poezji, prozy, książki z zakresu krytyki literackiej, dramaty, wreszcie (często nie mnie ważne) teksty, które zaistniały jedynie w żywocie czasopiśmienniczym redaktora bydgoskich „Faktów”. Był pisarzem znanym w kraju, cenionym i opiniotwórczym, liczącym się krytykiem, biorącym udział w wielu ogólnopolskich dyskusjach na temat literatury współczesnej.

Tym różnym formom wypowiedzi towarzyszy także różnorodna tematyka, będąca reakcją na to, co działo się w bliższym i dalszym otoczeniu pisarza (doświadczenie historyczne i generacyjne), ale i na to, czego sam wewnętrznie doświadczył (wymiar stricte egzystencjalny Jego dzieła, także osobisty, prywatny). Jednym z wyznaczników tego pisarstwa wydaje się być autobiografizm, odwoływanie się do prawd przeżytych, głęboko samemu doświadczonych, a przez to sprawdzonych, czy też to, co jeden z krytyków polskich nazwał (co prawda w odniesieniu do innego twórcy) „życiopisaniem”.

Miał Krzysztof Nowicki świadomość tego, że pisarz to styl. Jako poeta autor Przetoki dążył do wykształcenia własnego stylu, własnej dykcji, indywidualnego tonu wypowiedzi, ale i konwencji opowiadania. Dążył w tej materii do oryginalności (łącząc na różne sposoby poezję z prozą, esejem, dziennikiem etc.), ale nie za wszelką cenę, ponieważ zawsze teksty tego twórcy musiały sprostać jednemu kryterium: prawdy wewnętrznej podmiotu, narratora, autora i prawdy świata.

Posiadał poczucie silnej więzi z własnym pokoleniem i odczuwał potrzebę diagnozowania jej miejsca w historii i danym mu czasie. Zwłaszcza w ostatnich latach wypowiadał gorzkie prawdy na ten temat, co nie wszystkim mogło się podobać i rzeczywiście - nie podobało się. Był dla swej generacji (i tego, jak spełniła ona swoją „misję”) bardzo surowy, czasem czuł jej bolesną przegraną.

W prozie i poezji uwidaczniał się u tego twórcy pewien rodzaj „melancholijnego” (spokojnego) dystansu do świata. Jest to rezultat obranej formuły wypowiedzi (wiersz, proza), zwłaszcza poetyckiej, ale nie tylko (często proza posiada u Niego znaczący stygmat poetyckości). To poszukiwanie dystansu do świata (a tylko on może pozwolić nam na jego – świata – zrozumienie) wydaje się być – w przeświadczeniu tego autora - jednym z pierwszorzędnych zadań pisarskich w ogóle.

W dorobku tego autora zwrócić uwagę możemy na kilka – począwszy od debiutu - okresów pisania, z których najbardziej poruszający i wstrząsający – choć oczywiście nie jedynie - wydaje się być okres ostatni (ostatnie tomy) – choroby, odchodzenia, rachunku ze sobą i światem, także z literaturą (i to nie tylko polską: w Drugim życiu). Krzysztof Nowicki do końca zapisywał swe przeżycia i przemyślenia (tom Od rzeczy), chciał dać świadectwo; traktuję tę decyzję pisarską w pełni jako ważny pisarski gest moralny, świadomość odpowiedzialności i powołania twórcy. Dawał jednak temu świadectwo nie na zasadzie potrzeby konfesji, opowiadania o sobie, ale poszukiwania pewnej uniwersalnej prawdy o człowieku, którą studiował na własnym przykładzie.

Krzysztof Nowicki do końca był czynny, zarówno jako prozaik, jak i krytyk. Pozostawił po sobie wydaną po śmierci prozę, będącą wstrząsającym zapisem wiedzy o człowieku, który rezygnuje z wszelkich kostiumów i dekoracji świata. Staje niemal nagi przed nami, przed tajemnicą życia i śmierci.

Należy także pamiętać o bezinteresownej, życzliwej pomocy krytycznoliterackiej tego twórcy wobec wielu początkujących autorów; popularyzacji utworów twórców mniej głośnych, a obiektywnie rzecz biorąc – wartych  szerszego upublicznienia. Należy zresztą pamiętać głównie o tym, że literatura była dla Niego przede wszystkim wyrazem bezinteresownej pracy duchowej, co w dzisiejszym, skomercjalizowanym, urynkowionym, „interesownym” świecie (także w sferze kultury) szczególnie ważne jest podkreślenia.

W ostatnich latach życia, po historycznym przełomie 1989 roku, rówieśnicy pisarza znaleźli się w bardzo trudnym ideowo momencie, rewidowali swe dotychczasowe poglądy, próbowali odnaleźć się w nowych realiach. Zdaje się, że spowodowało to, iż w tym czasie, aż do śmierci, pozostał autor Drugiego życia głównie w gronie ścisłych przyjaciół w Bydgoszczy i kraju. Choćby też i dlatego, że mówił prawdy niepopularne, jak w felietonach na łamach „Gazety Wyborczej” czy „Toposu”.

Tym, którzy cenili i doceniali dorobek Krzysztofa Nowickiego, bardzo zabrakło tego wnikliwego krytyka i obserwatora bieżących wydarzeń, mądrego, doświadczonego prozaika oraz dramaturga i wrażliwego poety. Wydaje się być naszym obowiązkiem utrwalenie pamięci o Nim, przypominanie Jego twórczości i miejsca, jakie zajmuje w literaturze.

Robert Mielhorski

 

 

Marian Olszewski – obrazy

Marian Olszewski, fot. Jan Kaja

Marian Olszewski, fot. Jan Kaja

 

Marian Olszewski ur. w 1946 r. w Bydgoszczy. Ukończył studia w PWSSP w Gdańsku. W 1977 r. uzyskał dyplom z malarstwa w pracowni prof. K. Śramkiewicza. Uprawia malarstwo i rysunek. Swoje prace prezentuje od 1977 r. na wystawach indywidualnych i zbiorowych. Jest laureatem szeregu nagród i wyróżnień w ogólnopolskich konkursach malarskich m.in.: I Nagroda i Złoty Medal Ministra Kultury i Sztuki Bielska Jesień, 1986 Bielsko Biała; I Nagroda na Ogólnopolskin Konkursie Malarskim im. R. Pomorskiego, 1987 Katowice.

Ślady rzeczywistości

Wieloznaczność w przekazie obrazu ma w sobie coś z niekończącego się poszukiwania. Można w tej przestrzeni ustawicznie przeżywać estetyczne uniesienia, jak również odkrywać istotne treści. Dla Mariana Olszewskiego twórczość malarska stała się zgłębianiem własnej tożsamości. Artysta za pośrednictwem tego medium zdaje się opowiadać o swoich stanach emocjonalnych.

Hermetyczność tego malarstwa intryguje. Może dlatego, że abstrakcyjność  kreowanej  przestrzeni, pozwala odnajdywać się bez potrzeby zrozumienia, czy znajdowania znaczeniowego kontekstu. Niewyobrażalne stanowi tu żywy kapitał wyobraźni. Prace Mariana najczęściej zawierają coś, co nieodparcie kojarzy się z pejzażem i horyzontem; pomimo że nie przedstawiają znanego nam świata, to jednak noszą w sobie znamiona tego, co spotykamy w naszym polu widzenia. Dobrze jest podczas oglądania tych obrazów dotknąć ich, by poczuć materię. Te „dotknięcia” wyobraźni stanowią przejście ze świata realnego w świat nie mniej realny, ale trudniej definiowalny i z pewnością pobudzający inne zmysły.

Różnobarwne faktury stapiają się w przestrzenne znaki – wizualny język emocji. W wyniku długotrwałego procesu twórczego, eksperymenty z materią malarską przekształcają się w wystudiowane formy. Struktury mozolnie wydobywane z własnego przeżywania czasu często podrażniają nasz utrwalony kanon piękna i brzydoty. Kompozycje te prowokują do odnalezienia się w innej estetyce. Innej, to znaczy odbiegającej od tego, do czego przywykliśmy. Stajemy w sferze rozważań na granicy estetyki i antyestetyki, zmuszeni do ponownych rozstrzygnięć.  

Brak tytułów prac stwarza przed widzem możliwości swobodnej gry skojarzeń. Intrygującym staje się zogniskowanie nastroju w ostrych barwnych plamach. Syntetycznie zbudowane kompozycje działają jak sygnały, ślady  z nieznanego świata. Szczątkowe powidoki zapamiętanej rzeczywistości stają się tu prowokującym tropem, by wejść w głąb.

Obrazy abstrakcyjne działają podobnie jak muzyka, w której warstwa odniesień estetycznych jest oderwana od treści. Pozostaje więc przestrzeń emocji. Ślady rzeczywistości są tu osobliwymi znakami prowadzącymi poza realność, do której przywykliśmy. Siła ustaleń częstokroć narzuca nam sposoby reagowania i odczuwania. Malarstwo to aspiruje, by być niezależne – wyobcowane, prowadzące do spontanicznej reakcji. Autor tych płócien stawia przede wszystkim na skojarzenia oderwane od obowiązujących kanonów. Przez kontakt wizualny pragnie „porozumieć się” przekazując impulsy zawarte w materii malarskiej. Przypomina to doświadczanie wolności, której malarz potrzebuje ponad wszystko, ale jednocześnie nie chce zerwać łączności z widzem.

Pomniejszenie lub powiększenie fragmentów dobrze znanego nam świata czyni go nierozpoznawalnym, w jakimś sensie abstrakcyjnym, chodzi o pierwszy moment skojarzania czy percepcji.. Przez zmianę wielkości gubimy znaczeniowy kontekst,  już nie wiemy – co to jest: czy pejzaż, czy rozpryskana woda na szybie czy może obraz spod mikroskopu.  Rozpoznawalny wcześniej obraz – konkret, który znaliśmy, stał się czymś innym, czymś trudnym do określenia. Sądzę, że ten przykład zmiany wielkości, a przez to zmiany proporcji czytelnych dla nas, staje się procesem zacierającym „realność”. Tworząc obraz malarz zmienia ową „realność”, przekracza ją, by odnaleźć inny porządek estetyczny i odrębny język wypowiedzi.  Pozostawać w tych poszukiwaniach wciąż twórczym, znaczy nie powtarzać tego, co już się umie. Trzeba wciąż podejmować ryzyko kolejnych eksperymentów. Stąd przyjęta tu konwencja przemieszczania się na granicy różnych estetyk. Iluzyjność zestawiana z efektem starannie wypracowanych organicznych faktur, zdają się zmierzać w stronę malarstwa materii, optical-artu i minimal-artu. Mimo tych połączeń użyte środki tworzą w obrazach odrębną autonomiczną przestrzeń, są stylistycznie jednorodne i lakoniczne w przekazie.

Odnaleźć tu można niepokój i ale i również jakiś stan przesilenia czy oddalenia. Zawarte w obrazie skupienie intryguje. Odbierając te impulsy przekraczamy umowność. Doświadczenie emocjonalne zarejestrowane na płótnie kondensuje napięcie, dzięki niemu z martwej materii obrazu emanuje energia.

Malarskie zmagania Mariana Olszewskiego przypominają prace badawcze, których terenem dociekań jest on sam. Po przez wizualny zapis zaprasza w regiony wyobraźni otwarte dla zainteresowanych. Dzieje się to w jednej przestrzeni, ale w  mikro i makro skalach. Czy przestrzenie te są dostępne dla każdego? To już sprawa indywidualnej wrażliwości. Rodowód tej twórczości wyrasta z fascynacji naturą i wszelkie poszukiwania zmierzają ku jej szczegółowemu rozpoznawaniu. Autor zdaje się być tu niczym soczewka łącząca dwa światy – wewnętrzny i zewnętrzny.

Jacek Soliński

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu
(ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Bydgoszczy)

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu

 

Marian Olszewski, bez tytułu

Marian Olszewski, bez tytułu