Poniedziałek, 24 października 2016, godz. 18 - otwarcie wystawy linorytów Jacka Solińskiego (w dwóch odsłonach): „Grafikomyśli 1981-1985” i „To, czego nie widać”. Ekspozycja dedykowana żonie Magdalenie. Prezentacja wypowiedzi: Grzegorza J. Grzmot-Bilskiego, Jarosława Jakubowskiego i Marka Kazimierza Siwca. Czytanie tekstów – Mieczysław Franaszek.

Tu” i „tam” w tej samej chwili

Chciałbym, żeby moje grafiki były mapami dla wyobraźni.

Zdarza się, że zasypiam siedząc w fotelu, a kiedy budzę się w mej świadomości, na mgnienie, pojawia się niepokojąca myśl – gdzie jestem? Ten moment, przypomina nierealne przeżycie, dziejące się jakby w zawieszeniu, w czasie niejasnym, trudnym do określenia. Doznanie przejściowości staje się czymś nieomalże metafizycznym. Zagubienie w tej dziwnej rzeczywistości działa psychodelicznie. Próbuję się skupić. Lokalizuję przestrzeń pomiędzy skojarzeniami a widzianą rzeczywistością. Przejście ze snu do jawy wpływa paraliżująco, trudno znaleźć wiarygodne odniesienia. Wciąż nie wiem, gdzie jestem. Rozkojarzony usiłuję rozpoznać miejsce – czy jestem u kogoś, czy może w swojej pracowni? Jeszcze przez chwilę błądzę porządkując rozproszone elementy obrazów. Powoli wracam do rzeczywistości. Opadam, jak ze spadochronem, na stały ląd równowagi. Wreszcie szczegóły stają się klarowne. Lekko oszołomiony rozglądam się z uczuciem ulgi – już wiem, gdzie jestem, rozpoznałem otoczenie. Umiejscowiłem swoją świadomość. Lubię ten stan, ale zawsze zadziwia mnie, bo ilekroć się powtarza, mam wrażenie (jakbym ustawicznie zapominał), że przecież zawsze budzę się w sobie – to znaczy w swoim jestestwie, a reszta to tylko otoczenie, chwilowa dekoracja. Czy można do tego przywyknąć? Chyba nie, bo za każdym razem jest to inne przeżycie. Ale to dobrze, bo dzięki zagubieniu „miejsca obecności” doświadczam czegoś, co jest „pomiędzy”. Nieustannie znajdujemy się między przeszłością a przyszłością. W jakimś sensie praca nad linorytami jest dla mnie ustawicznym „opisywaniem” tego uczestnictwa, bycia „w sobie” i „na zewnątrz siebie”, czyli relacji między „otwarciem” i „zamknięciem”, „przeszłością” i „przyszłością”. Od wielu lat zastanawiam się, jak połączyć wymiary tych przestrzeni? Czy to możliwe? Wciąż mnie zadziwia ich współistnienie, bawię się tym, jakbym znów był dzieckiem i właśnie to odkrył. Przecież jednocześnie znajdujemy się „w sobie” i również jesteśmy „na zewnątrz siebie”. Czyż nie jest to fascynujące? Często bywam oczarowany tym odkryciem z wczesnych lat rozpoznawania świata. Jest tak oczywiste, ale jakże inspirujące – obecność „tu” i „tam” w tej samej chwili. Rzeczy proste uzmysłowione ponownie potrafią wprawić w osłupienie. Może, dlatego że znajdujemy w nich zapomnianą prawdę o sobie. Dorosłość jest pragmatyczna, obowiązuje w niej już inna skala odczuć, ale przecież zdarza się w naszym życiu coś, co możemy sobie wyjaśnić tylko tak, jakbyśmy byli dziećmi.

Rozwijając swoje linorytnicze przemyślenia, staram się analizować żywotność pamięci. Szukam w niej poetyckiego wymiaru powszedniości. Działam, jakbym zajmował się archeologią wspomnień, spaceruję bez ograniczeń w dowolnie wybranym kierunku, blisko i daleko, na różnych kondygnacjach. Wpatruję się w tę przestrzeń, czasami sentymentalnie uwrażliwiony, ale również pozbawiony wszelkiej emocjonalności. Takie wędrówki regulują tętno mojego czasu, dzięki nim mogę być jednocześnie chłopcem i osobą dorosłą. Przyporządkowuję obrazy myślom, tytuły zdarzeniom, łączę wyobraźnię z pamięcią, nic mnie nie ogranicza. Skojarzenia w tej przestrzeni cieszą się pełną swobodą, jakby prawa fizyki nie istniały, wszystko jest tu możliwe. Po co to robię? Odpowiedź jest prosta – by ocalić, to co uważam za najważniejsze. Treść grafiki – przekaz, nawet jeżeli jest oparty tylko na grze samych form, może otworzyć, dotknąć, poruszyć czy nawet obudzić w nas ukrytą głębię. To dopiero prawdziwe wyzwanie – w zwyczajności odkryć i przeżyć zadziwienie. Może to program afirmacji świata na całe życie? Przenikać z pragnień do uniesień, dotrzeć do archetypicznego piękna znajdowanego w prostocie. Ożywienie takiej perspektywy wyzwala spontaniczną radość i odczucie wolności. W codziennym życiu byłoby z pewnością łatwiejsze, gdyby można ponownie odnaleźć w sobie dziecko. Odszukać, co zagubiliśmy – przecież obraz całości to połączenie dwóch przeciwstawnych biegunów. Podobnie, jak jednoczesne bycie „w sobie” i „ na zewnątrz siebie” harmonijnie zwieńcza naszą obecność, tak samo wrażliwość dziecka przenikająca w świadomość osoby dorosłej wzbogaca ją i dopełnia. Jakie to fascynujące – symbioza przeszłości, teraźniejszości i przyszłości – ufność połączona z doświadczeniem i nieprzewidywalnością. Może to zapowiedź wiecznego „teraz”? Dobroczynna prostolinijność i bezinteresowność ożywia nasz czas. To wyzwalające, by choć przez chwilę dać ponieść się takiej refleksji.

I pewnie dlatego zajmuję się linorytami.

Jacek Soliński

Jacek Soliński, Dzień się już nachyla, linoryt, 2016
Jacek Soliński, Dzień się już nachyla, linoryt, 2016

Jacek Soliński, Święta powszedniość, linoryt, 2016
Jacek Soliński, Święta powszedniość, linoryt, 2016

Jacek Soliński, Stałość i względność, linoryt, 2016
Jacek Soliński, Stałość i względność, linoryt, 2016

Jacek Soliński, Deszcz już nie pada, linoryt, 2016
Jacek Soliński, Deszcz już nie pada, linoryt, 2016

Jacek Soliński, Przystań, linoryt, 2016
Jacek Soliński, Przystań, linoryt, 2016