Czwartek, 24 października 2015, godz. 18 - otwarcie 30 urodzinowej wystawy linorytów Jacka Solińskiego pt. „Przemienność” – pamięci Marii Chwastek (roczny przegląd i mała retrospekcja 1980 – 2015). Odautorski komentarz pt. „Droga z dzieciństwa” przeczyta Mieczysław Franaszek

 

Święto powszedniości

Padający na ziemię
Latawiec
Traci duszę.

Kubanta (1881-1924)

 

Wykonuję swe prace artystyczne w wielu różnych technikach plastycznych, czuję się jednak grafikiem. Z upływem lat technika linorytu stała się dla mnie szczególnym zatrudnieniem, czymś w rodzaju medium, dzięki któremu komponuję myśli w różne struktury, znaki i obrazy. Od wczesnej młodości nie rozstawałem się z dłutkiem, nawet podczas lekcji w szkole średniej (miejsce w mojej ławce było rozpoznawalne, bo pozostawały tam ścinki linoleum). I tak jest do dziś. To zajęcie zdeterminowało mój sposób myślenia. Upływ czasu odczytuję poprzez zrealizowane linoryty. Często wydaje mi się, jakbym rylcem manipulował w swej głowie. Żłobię, czyli „zapisuję” myśli w ten sposób już prawie pięćdziesiąt lat, dążąc do symbiozy między treścią i formą. Wycinane struktury są kardiogramami mojej codzienności. Tak odnajduję się w czarno-białym świecie organicznych materii, drgających linii i kropek prowadząc drugie ukryte życie. To jest moje autonomiczne królestwo czyli błogosławione odosobnienie. Ale czy można istnieć i rozwijać się tylko we własnym wnętrzu? Twórczość ze swej natury, przynajmniej dla mnie, jest zgłębianiem samotności, a jednocześnie wymaga dialogu z innymi. Dopiero połączenie tych odrębnych dążności może wywołać ożywcze tchnienie. Takie są realia promieniowania wzajemności.

Już po raz trzydziesty zapraszam w dniu 24 października na wystawę swoich linorytów. Moje urodzinowe wernisaże, które zawsze realizuję w Galerii Autorskiej, mają dla mnie wyjątkowy charakter. Cykliczność tych ekspozycji traktuję jak stawianie kroków w czasie, który mam do dyspozycji. Pozostawiane ślady są streszczeniem bytowania, czyli analizą świadomości, to moja zakodowana pamięć. Każda kolejna odsłona prac jest prezentacją nowych stron i rozdziałów tego linorytniczego dziennika. Od trzech dekad, w tym dniu, pokazuję całoroczny plon zobrazowanych przemyśleń. Towarzyszy temu niezaspokojone pragnienie, bo wciąż chcę „utrwalić” i „zobaczyć” coś więcej, by wychylić się i przejść w nieznane. Przy tej okazji piszę komentarz – didaskalia rytownika, coś w rodzaju programowo-ideowej notatki – ot kilka zdań donosu o sobie. Urodzinowa wystawa staje się w ten sposób prywatnym raportem o ekologii ducha. Regularnie przygotowywane ekspozycje kształtują moją optykę oglądu świata i są również rodzajem autodydaktyki. Ta poetycka kronika nie jest dokumentacją codzienności, jest raczej syntezą stanów, które pragnę zapamiętać.

Prowadząc dłutko zmagam się z sobą, wciąż ucząc się cierpliwości. Bycie rytownikiem ma coś z osobliwej terapii, którą sam sobie dozuję. To zajęcie chroni przed wieloma niebezpiecznymi wirusami czyhającymi we współczesnej kulturze. Żyję w rzeczywistości, którą coraz trudniej mi zrozumieć, więc linoryty stają się dla mnie segmentami parawanu ochronnego, strzegącego stałych wartości. W nich zakotwiczona jest moja niespieszność wobec tak zwanego „postępu”.

Ten skromny przekaz powtarzany w formie kolejnych urodzinowych ekspozycji określa puls mojej aktywności. Systematycznie realizowana prezentacja stanowi aneks do rzeczywistości. W konsekwencji osobista refleksja o przemijaniu staje się przejściem na zewnątrz – ku spotkaniu. Otwarcie wystawy to świadomy akt konfesyjności, dokonujący się wobec widzów. W jakimś sensie, to dzień, który się nie kończy, to spotkanie trwające już trzydzieści lat, rozwija się jak stan rezonansu, który wciąż mnie mobilizuje. Październikowe wernisaże są moim „biletem” uprawniającym do przekroczenia progu kolejnego roku. W tym działaniu przeżywam odrębność, jako miarę własnej świadomości. Przekroczyć jakieś kategorie myślenia oznacza wymknięcie się chwilowemu schematowi, dojście do nowych rozpoznań. Nabiera to sensu, jeżeli można swobodnie przejść od drążenia do zwiewności, gdy wędrujące myśli znajdują swój grunt i stają się jak pole uprawne. Każdy przeżywa indywidualnie czas od zasiania nasion do pojawienia się rozkołysanych na wietrze roślin. Ideę tego trwającego 30 lat spotkania postrzegam jako święto powszedniości, w którym słowa i obrazy mogą we mnie „rosnąć”. Przestrzeń skonstruowana z linorytów jest moim rezerwatem myśli, w nim pielęgnuję swój czas. Czy w tym ogrodzie przecinające się ścieżki ułożone z „filozofujących grafik”, mogą służyć komunikacji? Ufam, że tak. Wierzę w bezpretensjonalną zażyłość, która wyzwala prostotę i głębię. Od połowy lat 80. ubiegłego stulecia spotykam w tym cyklicznym dniu wernisażu znane mi twarze. Otoczony przez przyjaciół odczuwam bliskość ich wrażeń i zamyśleń. Stąd jestem przekonany, że wizerunek miejsca i jego charakter współtworzą ludzie. Dzięki nim wiem, że jestem grafikiem, czyli robię to, co powinienem – kontynuuję „pisanie” swojej obecności.

Jacek Soliński

Jacek Soliński, Pracownik zmierzchu, linoryt
Jacek Soliński, Pracownik zmierzchu, linoryt
 

Jacek Soliński, Rysowanie czasu, linoryt
Jacek Soliński, Rysowanie czasu, linoryt

Jacek Soliński, Rzeczywistości których nie widzimy, linoryt
Jacek Soliński, Rzeczywistości których nie widzimy, linoryt

Jacek Soliński, Słuchanie szelestu liści, linoryt
Jacek Soliński, Słuchanie szelestu liści, linoryt

Jacek Soliński, Wśniony w ziemię, linoryt
Jacek Soliński, Wśniony w ziemię, linoryt

Jacek Soliński, Zadziwienie, linoryt, 2015
Jacek Soliński, Zadziwienie, linoryt, 2015

Jacek Soliński, Zasłona, linoryt, 2015
Jacek Soliński, Zasłona, linoryt, 2015